Możliwe walki w drugiej połowie 2018. Świat i Polska

Podczas gdy mundialowe emocje osiągają zenit, co zrozumiałe bokserski świat chwilowo zamarł. Stan jałowy nie potrwa jednak długo. Czego możemy się spodziewać w ciągu paru najbliższych miesięcy? Pula możliwych zestawień, które mogą elektryzować zdaje się nie mieć końca.

Najwięcej emocji, co oczywiste niesie ze sobą królewska kategoria i wciąż niepewne starcie na jej szczycie. Włos na którym wisi oficjalna decyzja organizacji walki Joshua – Wilder zdaje się naprężać do granic swoich możliwości. Może nie wytrzymać ciągle przedłużających się negocjacji i co ciekawe to nie ze strony obozu Wildera „wieje hamulcem”. Do gry włączył się nieoczekiwanie Tyson Fury, który otwarcie po pokonaniu „ogóra” Seferiego rzuca wyzwanie obydwojgu potentatom. Cóż to byłaby za historia gdyby popularny i kontrowersyjny „Król Cyganów” pogodził tą dwójkę pokonując ich w swoim stylu. Ciężko uwierzyć w taki scenariusz, biorąc pod uwagę styl życia Fury’ego w ostatnich latach. Wszystkie prawidła logiczne zdają się skreślać nadzwyczaj szybko powracającego z dalekiej podróży olbrzyma. Jednak jakby to powiedział popularny ostatnio Janusz Nosacz – „Niby czuowiek wi, ale jednak sie trochi łudzi”. Z drugiej strony ewentualna, niemal niemożliwa wygrana Fury’ego rzucałaby nieciekawe światło na całą dyscyplinę. No bo przecież jak gość, który przez ostatnie dwa lata bujał się od klubu do klubu, wciągnął (powietrza) więcej niż nie jeden „zelmer”, mógłby pobić dwóch tytanicznie pracujących championów wagi ciężkiej? Z drugiej strony kiedy walczył pierwszy raz z wcale nie mniej strasznym Władimirem Kliczko również mało kto dawał mu jakiekolwiek szanse.

W rezerwie dla Joshuy pozostaje spisywany na straty jeszcze przed pierwszym gongiem legendarny Aleksander Powietkin. Rozumiem, że ma swoje lata i swój prime dawno za sobą, ale przecież taki gość jak „Saszka” każdemu może sprawić spory problem, chyba nawet na emeryturze. Nie przypominam sobie walki, w której Powietkin zostałby absolutnie zdominowany. Może faktycznie młody, głodny sukcesu Brytyjczyk w gazie to nieco za wysokie progi na ten moment, ale wcale nie wydaje się, żeby udało mu się Powietkina obejść spacerkiem. Z podobną retoryką mogliśmy się spotkać przed walką Ortiz – Wilder, a czas pokazał co znaczy charakter ponad pesel. A co  w wypadku, gdy Joshua Wilder dojdzie do skutku? zestawić Ortiza z Powietkinem? To byłby dopiero hit! Styl obydwojga gwarantuje wojnę totalną w ringu, wyrównany pojedynek, a zwycięzca mimo wieku mógłby zakręcić się jeszcze wokół starcia o pas.

Pozostając w ciężkich klimatach – wokół czołówki wciąż kręci się nasz Adam Kownacki, który najprawdopodobniej pod koniec sierpnia zmierzy się z jednym z najbardziej papierowych mistrzów w historii IBF Charles’em Martinem. Chłop to spory, niemniej żelazną szczęką i sercem do walki to on mimo wszystko ostatnio nie imponuje. O rocznej absencji na zawodowych ringach już nie wspominając. Jeśli nasz rodak wygra jego szanse na walkę życia w postaci starcia mistrzowskiego drastycznie wzrosną. Niewielu ekspertów daje mu jakiekolwiek szanse w potyczce z miłościwie nam panującymi olbrzymami z Wielkiej Brytanii i Ameryki. Ale co byście powiedzieli na takiego Jarella Millera? Spełnia wszystkie kryteria dla takiego pretendenta jak Adam. Jest niepokonany, rozpoznawany w Stanach i wiąże się z nim spore nadzieje. Kto wie, czy już nasz Viking by go wcześniej nie „wyjaśnił”, gdyby nie jego kontuzja ręki. Promocja starcia „Big Baby” z „Babyface’m” również ma w sobie spory potencjał marketingowy. Nie wiem czy Kownacki poradzi sobie z tak trudnym przeciwnikiem, ale wiem, że Miller jest jak najbardziej w jego zasięgu. Obydwoje mają spore luki w obronie, a przewaga szybkości jest raczej po stronie Adama, co na tym poziomie nie zdarzy się zbyt często.

Sporo złej krwi wylało się w Polsce. Coraz więcej ludzi chce bić Artura Szpilkę. Chyba sam „Szpila” nie spodziewał się takiego urodzaju w kontekście propozycji na kolejną walkę. Po wyzwaniu Diablo Włodarczyka do wyścigu o miejsce w ringu z Arturem ponownie włączył się znienawidzony przez niego Krzysztof Zimnoch. Jak mocno ten drugi odleciał przekonaliśmy się kiedy głośno było o jego oczekiwaniach finansowych związanych z prowokowanym przez niego przedsięwzięciem. Jeśli jednak zejdzie trochę z ceny to ta walka absolutnie powinna się odbyć. Te animozje powinny być już wyjaśnione wcześniej, ale co się odwlecze to nie uciecze. Zarówno Szpila jak i Zimnoch powinni się zgodzić chociażby dla zasady na takie zestawienie, niekoniecznie stawiając przychód z tej walki na pierwszym miejscu.  Obydwoje są w takim momencie w swojej karierze, gdzie muszą coś sobie udowodnić i wydaje się, że w tej materii mogą sobie pomóc.

Schodząc do lżejszego kalibru cruiserweight wcale nie ma mniej możliwości. Mamy w rękawie kartę Mateusza Masternaka, która po słodkiej zemście na Kalendze jeszcze zyskała na wartości. Trzeba więc zaatakować bardziej wyrafinowane rejony swojej wagi. Dorticos? Durodola? Czemu nie!

Sporo mówiło się o walce Głowackiego z Lebiediewem, co wydaje się być absolutnie kapitalnym pomysłem. W obwodzie pozostaje jeszcze jeden ciekawy Rosjanin, a mianowicie mega perspektywiczny Maksym Własow. Co prawda starcia z tym ostatnim bym się obawiał, ale jeśli walczy się o koronę trzeba być przygotowanym na wszystko. Jeśli chodzi o karierę Michała Cieślaka powinna ona mocno przyspieszyć. Potrzebuje uznanego nazwiska w swoim rekordzie, którego próżno szukać w nim dotychczas. Steve Cunningham jawi się jako niezły kandydat do oddzielenia ziaren od plew.

W wadze średniej mamy Czerkaszyna, który jeszcze musi przejść parę ścieżek zanim stoczy boje z pierwszym garniturem swojej kategorii. Dziś można wiązać spore nadzieje z jego nadludzką mobilnością. Maciej Sulęcki po wojnie z Jacobsem także nie powinien zwalniać tempa – Jermall Charlo? Martin Murray? Billie Joe Sanders?

Nic nie sugeruję… Ja tylko pytam.

Konrad Zieliński/wringu.net

Dodaj komentarz