Adam Kownacki – nasz mały Foreman

Gong wybija ostatnią już, 10 rundę. Zarówno Kownacki, jak i Martin jadą na rezerwowym baku, co jest doskonale widoczne na tym etapie ich pojedynku. Ale chwila, pojedynku? Przecież to jest wojna, starcie dwóch nieodpuszczających chłopów, którzy mają sobie oraz bokserskiemu światu wiele do udowodnienia. Kulminacyjny element pojedynku był ostatnią szansą dla przegrywającego Martina na gwałtowne odwrócenie werdyktu.

I w pewnym momencie był blisko – po jego kilku celnych, bitych resztkami sił ciosach Kownacki wydawał się przez sekundę zamroczony, ale „Babyface” pokazał coś, co pozwoliło mu wygrać ten pojedynek i to pomimo znaczącej różnicy warunków fizycznych na korzyść byłego mistrza – lwie serce i niezmordowanego ducha walki do końca. W momencie kiedy piszę ten felieton zapewne już wszyscy wiedzą, że Adam Kownacki kilka minut po wybiciu gongu kończącego ten slugfest został obwołany zwycięzcą jednogłośnym werdyktem tak samo punktujących sędziów: 96-94.

Miałem wielkie nadzieje co do tej walki i szczerze widziałem Kownackiego jako wygranego. Fakt, brałem pod uwagę warunki fizyczne (chyba nieco niedocenianego po walce z Joshuą) Martina, a zwłaszcza obawiałem się, że jego silna lewa ręka może skrzywdzić Adama po którymś z jego odsłoniętych naszego boksera, ale na szczęście moje obawy zostały rozwiane. Po tym pojedynku w pełni pasują do niego słowa, którymi określił kiedyś George Foreman naszego legendarnego Andrzeja Gołotę – „to był jedyny biały, który w zdominowanej przez czarnych wadze ciężkiej potrafił wdać się z nimi w regularną wojnę i wychodził z niej zwycięsko”. Adam Kownacki ma coś jeszcze, coś, czego Andrzejowi zabrakło w kilku jego najważniejszych pojedynkach – zimną głowę i żelazne serducho.
Chciałbym poniżej przeanalizować na luzie sylwetki dwóch panów, którzy dali nam wczoraj świetny i intensywny pojedynek, a nazwisko Foremana też nie padło przypadkiem, ale o tym zaraz.

Charles Martin – bo od niego zaczniemy – wkroczył do ringu jako pierwszy. Dobrze zbudowany, były mistrz, który stracił pas już w 2 rundzie pojedynku z Anthonym Joshuą miał chyba więcej do udowodnienia. Jeżeli na ringu szykował się na wojnę, to zapewne większą stoczył w swojej głowie – z demonami, które zagnieździły się w niej po walce z AJ’em. No właśnie, po, czy przed?
Słaba psychika – pierwsze, co nasuwa się po pobieżnym rzucie oka na fatalny w jego wykonaniu pojedynek z Anthonym Joshuą. Zapewne wiele tu zaciążyła presja, jaką Martin musiał niewątpliwie czuć w walce z pogromcą Kliczki. Tytuł wywalczony na kontuzjowanym i małym gabarytowo Głazkowie został w zasadzie oddany, a ewidentnie nieprzygotowany Martin w zasadzie mógłby go położyć na ringu, przyklęknąć i dać się policzyć sędziemu – przyjechał wówczas tylko po wypłatę. Ale Martin to nie tylko wady.

„Prince Charles” ma niewątpliwie to coś, co pozwala go stawiać nadal (a może raczej nie skreślać całkowicie) jako realnego kandydata do pasa – warunki fizyczne i swój własny styl. W nocy z sobotę na niedzielę przekonaliśmy się także, że posiada całkiem mocną szczękę i wydaje się, że rzeczywiście zmienił swój niesportowy tryb życia – Martin uwielbiał relaksować się przy tłustych buchach MJ, a i ciut chuliganił.

To nie jest mistrz prostego, również jego praca nóg pozostawia wiele do życzenia, ale „Prince Charles” dysponuje świetnym kontratakiem, a za jego firmowy cios można uznać dynamicznie bity z biodra lewy, i to w różnych płaszczyznach, podczas gdy sam Martin wówczas sprytnie cofa się, umiejętnie przenosząc ciężar ciała na nogę zakroczną. Ten element pięściarskiego rzemiosła stoi u niego naprawdę na wysokim poziomie i nieco kontrastuje z jego raczej nieśpiesznym stylem boksowania – jak sam powiedział po walce, jest typem pięściarza, który wolno się rozkręca (Gołota anyone?)

Po jego walce z AJ’em można było także oczekiwać, że i szczęka „Prince Charlesa” pozostawia dużo do życzenia, jednak okazały się to płonne nadzieje – dzielnie znosił niemiłosierne momentami manto od „Babyface’a” Kownackiego, a i sam wiele razy odgryzał się zarówno prawą, jak i swoją silniejszą, lewą ręką.
Mi osobiście wydaje się, że cenne zwycięstwo nad Martinem było także „zasługą” samego pokonanego – „Prince Charles” na ważeniu sprawiał wrażenie przerażonego, a jego obóz trenerski nie wyglądał na pewny zwycięstwa swojego podopiecznego. Martin nie mógł znieść ciśnienia i o ile przed walką podchodził z szacunkiem do „Babyface’a” to dzień przed nią zaczął do niego pyskować na face to face – ewidentny objaw braku kontroli nad własnymi emocjami.

I tutaj dochodzimy do bohatera tej walki. Wszyscy wiemy, jakie są atuty i przywary Adama – ciężkie nogi zostające po ataku, mało mobilny kark i luki w obronie – to w tym Charles Martin mógł upatrywać szans na zwycięstwo. Ale Kownacki to też pancerna szczęka, zaskakująca wydolność przy tej masie ciała no i jego firmowy znak – nieustanne parcie do przodu i niszczenie przeciwników ciężarem własnych ciosów, z których więcej jest jakby rzucanych, niż klasycznie bitych zgodnie z techniką bokserską. I tu wracamy do zasłużonej ikony wagi ciężkiej – George Foremana.
Gdy „Babyface” w bajecznie łatwy sposób zjadł Artura Szpilkę „na przystawkę” nasunęło mi się skojarzenie jego osoby z Foremanem właśnie, i wydaje mi się, że nie jest to bezpodstawne porównanie.

Jeden i drugi to nieustanne parcie do przodu, jeden i drugi z lukami w obronie to często ciosy blokowane twarzą (vide Moorer vs Foreman), zarówno George i Adaś nie prezentują typowej sylwetki boksera-atlety. Fakt, Foreman był świetnie zbudowany w pierwszym etapie swojej kariery, a potem zamienił się w Kownackiego właśnie i udowodnił to samo co Adam wczoraj – że to nie mięśnie i sylwetka greckiego posągu zapewniają zwycięstwo, tylko siła woli i upór.
Tu nie koniec porównań – panowie są niemal równi wzrostem i wagą, ba! w zasadzie można śmiało powiedzieć, że różnią się tylko kolorem skóry (nie porównujemy tutaj oczywiście osiągnięć sportowych). Znamienne jest to, że obaj po otrzymaniu ciosu nie cofają się, tylko nieustannie nacierają na przeciwnika. Sytuacja może stać się w przyszłości jeszcze bardziej znamienna, jakby Adaś schudł i zrobił lepsze ciało i zmienił styl gardy na taką jaką prezentował Foreman (który z kolei ukradł ją od śp. Kena Nortona). Sami powiedzcie – czy te porównania są bezpodstawne?

No dobra, ale czy Kownacki może dorównać sportowo żywej legendzie w postaci Foremana? Jak najbardziej, jest stosunkowo młody, jeszcze nie rozbity i ma mnóstwo czasu. Ponadto, jest także coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka – dobre prowadzenie zawodnika. „Babyface” jeszcze na ringu powiedział, że jego celem jest jeszcze jedna, dwie łatwiejsze walki a potem szturm na jeden z mistrzowskich pasów. Czy będzie to pas Wildera, czy trofea AJ’a pokaże czas. Obecnie nie ma raczej szans na zwycięstwo w pojedynku z jednym z owych mistrzów, ale takie Parkery, Charry, Pulevy, Chisory i Takamy są jak najbardziej w jego zasięgu, ba! ryzykuje stwierdzenie, że byliby dla niego kolejną przekąską przed daniem głównym, jakie ten niezmordowany „Mały Foreman” ma wielką ochotę pożreć.

Jak dla mnie Kownacki nie musi nic specjalnego udowadniać, zrobił to już mając 17 lat gdy zdobywał cenne Golden Gloves -zdaje się, że jego przeciwnicy o tym nie pamiętają. Sugerują się jego obłą sylwetka pomocnika rzeźnika, lekceważą, a potem zbierają się z ringu na czworakach (jak choćby Szpilka), albo ledwo dożywają do końca pojedynku wisząc na linach w ramach odpoczynku po oszołomieniu, jak robił to właśnie Martin.
Aha, jeszcze jedno – niektórzy po tym pojedynku musieli się do czegoś doczepić i o ile można Adasiowi zasugerować, że ciosów nie blokuje się twarzą, to wszelkie hejty mówiące o tym, że musi on poprawić kondycję są po prostu śmieszne – to mięśnie ciągną jakże cenny na ringu tlen, a nie tłuszcz, którym Adam mógłby podzielić się z czołówką HW (Wilderowi by się może przydały z 2 kg masy).
Ale „Mały Foreman” ma inny plan, niczego nikomu nie dawać, zabrać za to mistrzowskie pasy i zostać pierwszym w historii polskim oficjalnym mistrzem wagi ciężkiej (piszę „oficjalnym” ponieważ jak dla mnie i pewnie 90% bokserskiego świata Gołota dwa razy nim był – po walkach z Byrdem i z Ruizem).
Wczoraj w nocy stało się tak jak chciał sam Adam – usłyszał o nim cały bokserski świat. Nam z kolei objawił się kolejny rodak, dla którego walk polscy kibice będą znów, jak dla walk Gołoty, zarywać noce. Miejmy nadzieję, że tym razem się opłaci, czego sobi i Adasiowi życzymy.

 

tekst: Maciej Chrościelewski

źródło zdjęcia: Adam Kownacki – facebook

Dodaj komentarz