Awantura w teatrze marzeń

Nie tylko wydarzenia, które miały miejsce w Barclays Center 3 marca odpowiedziały na wiele pytań dręczących bokserskich świat. Oprócz ogromnych emocji i zwrotów akcji na Brooklynie, główni aktorzy wagi półciężkiej zaprezentowali swoje umiejętności.  Mekka światowego bosku – Madison Square Garden, po raz kolejny stała się współczesnym koloseum. Teatr Marzeń jak często nazywa się halę na Manhattanie był idealnym miejscem na wyłonienie ścisłej czołówki.

 

W starciu dwóch reprezentantów Sbornej, Siergiej Kowaliow po raz drugi skutecznie obronił niedawno odzyskany tytuł mistrza świata WBO wygrywając w siódmej rundzie ze swoim rodakiem Igorem Michałkinem. W drugiej hitowej walce tego wieczoru Dmitrij Biwoł znokautował w ostatniej dwunastej rundzie Kubańczyka Sullivana Barrerę.

 

Kowaliow przystąpił do pojedynku jako zdecydowany faworyt będąc niemalże niepokonanym championem swojej kategorii. Niemalże, gdyż dwóch porażek w swojej karierze doznał z emerytowanym od niedawna, fenomenalnym Andre Wardem. Warda już w boksie nie ma, Rosjanin może więc znów czuć się najlepszy. Michałkin również chłopcem do bicia nigdy nie był przegrywając tylko raz z Aleksym Kuziemskim. I to siedem lat temu. Pomimo, że na ważeniu panowie wyglądali na wyluzowanych i obdarzali się nawzajem uśmiechami, to między linami nie było już tak sympatycznie. Pierwsza runda to typowe pięściarskie szachy gdzie jeden i drugi próbowali zaznaczyć swoją obecność w ringu. Obaj prezentują  twardy i surowy rosyjski styl boksowania. Dało się jednak wyczuć, że zachowawcze podejście na początku walki to tylko uwertura sztuki, którą zamierzają nam zaprezentować. W drugim starciu to Michałkin bardziej się otworzył próbując wstrząsnąć Kowaliowem i nadziewając się przy tym na bardzo mocne kontry, po których każdy nabrałby pokory. Kto jak kto, ale „Krusher” tzw. bokserskie „oczko” ma. W trzeciej rundzie Kowaliow lekko się poślizgnął, ale prawidłowo nie był liczony. 3 i 4 runda oscylowały w okolicach remisu jednak wymiany zaczynały się zaogniać. Kovaliow trafiał coraz celniej, natomiast Michałkin coraz rozpaczliwiej szukał jednego morderczego uderzenia, które zakończyłoby walkę. Od tego momentu zrobiło się naprawdę bardzo efektownie. Przewaga Kowaliowa rosła, a pod koniec szóstej rundy faworyt  mocno naruszył rywala lewym sierpowym powodując silne krwawienie pod jego okiem. Lekarz dopuścił Igora do 7 starcia. Jeśli powiedzieć o 6 rundzie, że była agresywna to kolejna niestety już ostatnia runda to istne tornado. Obydwaj poszli na wojnę absolutną, która zakończyła się zwycięstwem Kowaliowa przez techniczny nokaut. Sędzia zdecydował się przerwać walkę  i kto wie jak potoczyłoby się to starcie gdyby nie krwotok.  Zwycięstwo „Krushera” stało się faktem i po raz drugi z rzędu obronił tytuł mistrza świata federacji WBO

 

Tego wieczora na karcie walk rozpisany był jeszcze jeden Rosjanin. Niepokonany na zawodowych ringach Dimitrij Biwoł (12-0) – aktualny mistrz świata federacji WBA. Stoczył on walkę z Sullivanem Barrerą, pierwotnie przymierzanym jako rywala Kowaliowa na tej samej gali. Podobnie jak Kowaliow, Barrera w swojej karierze przegrał tylko z Andre Wardem. Do starcia ostatecznie nie doszło a sam Sullivan zdawał się być tym faktem niepocieszony. Mimo dużych „smaków” na pas Krushera, to i starciem o pas WBA nie pogardził. Kubańczyk dysponuje nieznacznie lepszymi warunkami fizycznymi od Biwoła niemniej jednak nie było to w tym starciu bardzo odczuwalne. Problemy Biwoła zaczęły się w rundzie drugiej gdzie obydwaj zderzyli się głowami naruszając przy tym łuk brwiowy Rosjanina. O ile trzecie starcie zdawało się być całkiem wyrównane, to w czwartej odsłonie kontrolę absolutną nad pojedynkiem przejął Biwoł. W szóstym starciu champion wszedł na prawidłowe obroty i kontynuował dominację rozkręcając się z minuty na minutę. W ósmej rundzie Kubańczyk znalazł się w olbrzymich tarapatach. Biwoł „złapał” Barerrę na linach sukcesywnie go obijając i przed soczystym nokdaunem ocalił go tylko gong. Rozstrzygnięcie przyniosła dopiero dwunasta, ostatnia z zaplanowanych rund. Kubańczyk nadział się na lewy prosty a po chwili na kolejne dwa soczyste trafienia, które dopełniły dzieła zniszczenia. Żeby wytrzymać do końca walki zostało Barrerze niecałe 2 minuty. Niewiele by to jednak zmieniło, gdyż na uwagę zasługuje fakt, że także na punkty Biwoł w całym pojedynku nie przegrał ani jednej rundy (!). Rosjanin swoje lekcje odrobił fantastycznie i potwierdził, że pasa  mistrza świata nie znalazł w chipsach a ciężko pracując na niego zasłużył.

 

Zarówno Biwoł jak i Kovaliow umocnili swoją pozycję championów swoich federacji. Michałkin także wiele na całym przedsięwzięciu nie stracił gdyż pokazał sporo charakteru i nie powinien mieć wyrzutów sumienia po swoim występie. Zdecydowanie najsłabiej z tej czwórki wypadł Barrera, który do wymarzonego starcia z Kowaliowem może już nie doprowadzić. Natomiast dwójka zwycięzców może spokojnie wrócić do domu, odpocząć i zastanowić się kogo następnego zaprosić do tańca. Adonisie Stevensonie ! Drżyj !

Dodaj komentarz