Boks pod ciemną gwiazdą – część 2.

Kilka lat temu opisywałem moim zdaniem najciekawsze i najmroczniejsze historie ze świata boksu, dziejące się bezpośrednio na ringu lub poza nim. Były to czasy, kiedy teksty pisałem dla innej strony, boxing.pl, której redakcję pozdrawiam. Ponieważ jestem w trakcie tworzenia kolejnych części, chciałem przedstawić te poprzednie, by wzmocnić klimat i przytoczyć kilka moim zdaniem niesamowitych (i niekiedy tragicznych) historii. Część trzecia pojawi się w ciągu kilku-kilkunastu dni. Teraz pora na dwie poprzednie opowieści. Ponieważ materiał ten dotyczyć będzie wielu płaszczyzn, na których splamiono wizerunek pięściarstwa, poukładałem je w mniej lub bardziej subiektywnej skali. Przejdziemy od skorumpowanych dyrektorów, wpływowych, wywierających nielegalną presję dżentelmenów przez przekupionych sędziów lub zawodników, na tragicznie zmarłych bokserach kończąc.
Szklany Ekspres Atlantycki

 

Walka czempiona WBA w wadze ciężkiej Bruce’a Seldona z Mikiem Tysonem z 96-go roku, zakończyła się rzeczywiście ekspresowo, bo w 109 sekundzie. Seldon do dziś zapiera się, że nie zanurkował po ciosach Mike’a, jednak powtórki wyraźnie wykazały, że Amerykanin przewrócił się od wiatru, zrobionego prawą ręką przez Tysona. Drugie i kończące walkę uderzenie trafiło go chwilę później, tzn. nie trafiło, ale Seldon chciał, abyśmy tak myśleli. Powtórki w okolicach siódmej i ósmej minuty nagrania nie zostawiają złudzeń. Zebrana w MGM Garden Arena widownia, natychmiast zaczęła skandować głośno słowo „Fix! Fix! Fix!…” [oszustwo, ustawka – ang.].


(Wycinek tekstu lokalnej prasy po walce Seldona z Tysonem)

„Atlantic Express”, który nawet się nie spocił i po walce spokojnie mógłby założyć garnitur i pójść na wesele, bronił się w prasie, że lewy sierp Tysona go trafił i zamydlił mu wzrok. Strach myśleć, co by było, gdyby Tyson dopadł go tymi ciosami naprawdę.

 

Sonny Liston a mafia

25 maja 1965 roku świetny Sonny Liston wyszedł do rewanżowej walki z Cassiusem Clayem o mistrzostwo świata wagi ciężkiej, które stracił ponad rok wcześniej, właśnie z późniejszym Muhammadem Alim.
Nie od dziś wiadome jest, że Liston otoczony był ludźmi mafii. Na jego walkach pojawiały się takie persony jak Frankie Carbo [fot.] i jego wspólnik “Blinky” Palermo. Ten pierwszy był promotorem bokserskim tylko dla przykrywki. Na co dzień, o ile można tak powiedzieć, zajmował się kierowaniem grupą przestępczą – rodziną Lucchesse. Rodzina Lucchesse wchodziła w skład Murder, Inc., czyli zbrojnego oddziału mafijnego syndykatu. Nazwę tą wykreowały media. Podejrzewano, że do roku 65-go Liston był już dawno pod kontrolą mafii, ba, łącznie stoczył dwanaście pojedynków na kontrakcie z „Blinkym” Palermo i Frankiem Carbo. Pierwsza potyczka z Alim zakończyła się rzekomą kontuzją ramienia Listona i ciężko było podejrzewać go o sprzedanie walki, jednak rewanż z goła oka wyglądał jak typowa „podkładka” pod wynik. Liston już w pierwszej rundzie zanurkował po phantom punchu Alego. Problem w tym, że rękawica prawdopodobnie zaledwie dotknęła twarzy Listona. Czarnoskóry pięściarz dał się wyliczyć ringowemu, ale za to w jaki sposób! Liston, który w karierze przyjmował przecież nieziemskie „bomby”, powstał na kolano, po czym raczej aktorsko wyłożył się na matę ringu. Walkę wznowiono, ale tylko po to, żeby przerwać ją kilka sekund później. Wielu znawców boksu uważa, że stwierdzenia o ustawieniu walki, należy traktować z dystansem, ponieważ według nich cios Claya rzeczywiście solidnie wylądował na szczęce Listona. Jeśli jednak wydrukowanie wyniku jest prawdą, to żal Alego, którego szczere gesty triumfu nad leżącym Listonem, wydawały się najprawdziwsze w tym zakłamanym cyrku.

Źródło: redakcja, wiki

 

Wcale nie taki stalowy Pan Steele

Mam na myśli stalowe zasady, jakie powinny dotyczyć ringowego, rzecz jasna, ale i trochę wyobraźni. W marcu 1990 roku w ringu spotkało się dwóch niepokonanych czempionów tej samej dywizji, Julio Cesar Chavez i Meldrick Taylor. Tak, to ta walka, o której wspominał na żywo Pan Kostyra podczas deklasacji syna Chaveza przez Sergio Martineza. Taylor prowadził przez większość rund na kartach sędziowskich, ale w ostatniej rundzie zaliczył deski. Wstał z trudem na „dziesięć”, jednak prowadzący walkę Richard Steele zdecydował zakończyć pojedynek… na 4 sekundy przed finałowym gongiem. Chyba nie muszę pisać o oburzeniu, jakie zapanowało na trybunach. Taylor prowadził do tego czasu niejednogłośnym stosunkiem punktacji 107-102, 104-105(?!) i 108-101. Myślę, że cztery sekundy zajęłyby Chavezowi, żeby w ogóle dobiec do zamroczonego Taylora, ale przecież sędzia wie najlepiej, co jest dobre dla pięściarza w danym momencie. Mniemam, że pan Steele nie miał potem łatwo w świecie boksu, choć karierę kontynuował aż do 2006 roku. Mówi się, że Steele miał tendencję do faworyzowania pięściarzy ze stajni Dona Kinga, pod banderą której, występował wówczas legendarny Chavez. Dowodów o sugerowanym przez niektórych przekupstwie nigdy nie ujawniono. Z drugiej strony ciężko mieć pretensje do sędziego ringowego. Zapytany o swoją decyzję Steele przyznał, że według niego bardziej liczy się stan zamroczenia, aniżeli czas w rundzie.

Źródło: redakcja

 

Nienawiść Larry’ego Holmesa i Trevora Berbicka

W kwietniu 1991 roku Larry Holmes znajdował się na konferencji prasowej po znokautowaniu Tima Andersona. Wśród zgromadzonych znajdował się pokonany niegdyś przez Holmesa Trevor Berbick. Holmes dopiero co udanie powrócił na ring po nokaucie z rąk Mike’a Tysona. Zapytany, czy w ramach odbudowy kariery chciałby zmierzyć się w rewanżu z Berbickiem, odpowiedział:
– Walczyłem z nim już. Wygrałem wszystkie rundy, może jedną on wygrał. Nie szanuję tego gościa ani nie lubię go – skwitował Holmes.
Berbickowi nerwy puściły już podczas konferencji. Po wyjściu na zewnątrz było tylko gorzej. Kanadyjczyk chciał konfrontacji z Holmesem, ponieważ nie spodobało mu się jego słowa na temat przyjaciółki, określonej przez Holmesa, jako „Jenny from Jacksonville”. Berbick krzyczał, że Holmes chce zrujnować jego małżeństwo, a chwilę przed włączeniem kamer, został uderzony i kopnięty przez Holmesa.
W trakcie interwencji miejscowych władz, Holmes rzucił się na Berbicka z dachu stojącego obok samochodu i rozpoczęła się bójka. Showtime pełną parą.

Źródło: redakcja, yt

Lis w kurniku – czyli bonus na zakończenie

Mierzący 198 centymetrów Primo Carnera, uważany był bardziej za bokserskie dziwadło, aniżeli klasowego mistrza. Zgodnie z archiwalnymi zapiskami New York Times, „Alpejska Lawina” przyciągała przed ring tłumy liczone w tysiącach. Magnesem były kuriozalne i zabawne walki. Spora część jego zwycięstw to albo spisek, albo wynik nieudolnego sędziowania połączone z cyrkiem w obrębie ringu. Mówi się, że gdyby nie pomoc czarnych charakterów, otaczających Carnerę, bezdyskusyjnie nie osiągnąłby on swoich trofeów własnym siłami.

Czternastego kwietnia 1930 roku przyszło mu zmierzyć się z Leonem Chevalierem, 33-latkiem z Oakland. Do tego czasu Carnera był już rozpoznawalną postacią w wadze ciężkiej (i zgodnie z reportażem Aarona Lloyda, od 1933-go mistrzem świata tej dywizji). Zanim dojdziemy do finału, na uwagę zasługują też inne fakty. Do 1930 roku Włoch odniósł kilkanaście zwycięstw, z czego co najmniej kilka było zaaranżowanych przez ludzi Carnery. Jego dwie walki z Youngiem Striblingiem to niezły cyrk. O ile pierwsza zakończyła się w miarę normalnie, bo „tylko” z powodu dyskwalifikacji za nielegalne ciosy pod pas, tak druga musiała rozbawić kibiców. Magazyn Time podaje, że w rewanżu komicznie wyglądający pięściarze (zgodnie z danymi Le Petit Journal odnotowano różnicę 40 kilogramów i kilkunastu centymetrów wzrostu) niemal tańczyli w ringu. Poirytowany niezłą postawą rywala Carnera, huknął mu w tył głowy po gongu w siódmej rundzie. Tym razem domniemaną przez Josepha S. Page’a (autora biografii o Carnerze) ustawkę, poprzez dyskwalifikację wygrał Stribling. Miesiąc po walce Carnera kupił wygraną z Big Boyem Petersonem, który zwyczajnie czekał na ciosy, by się położyć. W jednej rundzie padał cztery razy! Następnego tygodnia „Alpejska Lawina” posłała na deski Elzeara Rioux aż sześciokrotnie. Po walce Chicagowska Komisja Bokserska cofnęła licencję Rioux, tłumacząc, że jest słabym aktorem i tylko dwa z sześciu nokdaunów wyglądały według nich wiarygodnie.
Chuck Wiggins powinien poćwiczyć sprint przed walką z Carnerą. W marcu 1930 wyleciał z ringu po ciosie Carnery tak daleko, że nie zdążył dobiec z powrotem między liny na sędziowskie „10”.

A teraz absolutny klasyk: wracamy do walki z Chevalierem.
Chevalier miał być tylko kolejnym podpłaconym gościem w rekordzie Carnery, jednak podczas walki odwidziała mu się ustalona gaża za porażkę. Od razu zdradzę, że nawet żona Chevaliera wiedziała o podpłaceniu jej męża z okazji walki. Amerykanin ostatecznie olał jednak porozumienie i postanowił wygrać z Carnerą. Źródła donoszą, że był tego bardzo blisko. Walka przebiegała w umówiony sposób, kiedy w pewnym momencie przewaga Chevaliera nad Carnerą bardzo wzrosła. Amerykanin nie tylko postawił na wygraną, lecz chciał znokautować rywala. Nacierający Chevalier napędził sporo kłopotów Carnerze, trafiając licznymi kombinacjami dziko wyrzucanych przed siebie ciosów. Niestety, okazało się, że ludzie Carnery mieli swojego „kreta” nawet w narożniku Chevaliera. Był nim sekundant Bob Perry, który widząc, co działo się dotychczas w ringu, namoczył gąbkę w wodzie oraz żywicy zmieszanej z czerwonym pieprzem. Na chwilę przed szóstą rundą, przetarł nią okolice oczu swojego podopiecznego. Ku zdziwieniu wszystkich zainteresowanych, oślepiony Chevalier radził sobie świetnie. Witryna boxrec.com podaje, że walkę zakończono w szóstej rundzie, jednak reportaż Aarona Lloyda mówi o końcu w rundzie dziewiątej. Tak czy inaczej, na przestrzeni kolejnych sekund, Chevalier wylądował na deskach po niegroźnym ciosie, ale wstał natychmiast o własnych siłach. Czujący szansę na sfinalizowanie umowy Perry, rzucił ręcznik do ringu na znak poddania Chevaliera. Nie mając wielkiego wyboru, skonfundowany sędzia, zakończył walkę przez TKO. W odpowiedzi z tłumu padły okrzyki o sprzedanej walce, a Perry był tym, na kim wyżyli się kibice, organizatorzy i Bóg wie, kto jeszcze. Perry musiał wyglądać gorzej od Carnery, czy Chevaliera, kiedy uciekał do szatni z rozciętą brwią od mierzonych przez kibiców kopniaków.

W publikacji z 2010 roku Boxing Bulletin podał, że Perry chciał rzucić ręcznik już w drugiej rundzie, widząc, jak Chevalier demoluje Carnerę. Sytuację uratował kibic, który obiecał Perry’emu zastrzelić go, jeśli rzuci ręcznik. Ciekawe, gdzie był ten kibic w trakcie szóstej odsłony? Stawiam na szybką wycieczkę po hot-doga.
Zarówno Carnera wraz ze swoim teamem, jak i „Bombo Chevalier” zostali w tej sprawie przesłuchani przez lokalną komisję bokserską. Przypomnijmy, że walka miała miejsce w Emeryville w Kalifornii. Włocha oczyszczono z zarzutów, twierdząc, że padł jedynie ofiarą układu gangsterskiej szajki. Autor biografii o Carnerze napisał, że obu pięściarzom wypłacono wkrótce po przesłuchaniu stawki za walkę, kolejno w kwocie 13,239 dolarów dla Carnery i… 1,500 dolarów dla Chevaliera.
Carnera zmarł w 1967 roku w wieku sześćdziesięciu lat. Jego oficjalny rekord, udostępniany przez takie witryny jak boxrec, czy fightsrec to 89 wygranych z czego 71 to zwycięstwa przed czasem, i 14 porażek. W walkach Carnery nigdy nie odnotowano remisu.

Źródło: redakcja, Primo Carnera: The Life and Career of the Heavyweight Boxing Champion

Koniec części drugiej.

Autor: Tomasz Groblica/wringu.net

cześć 1 >>tutaj<<

Dodaj komentarz