Chory psychicznie czy ofiara roid rage – Ike Ibeabuchi

7 czerwca 1997 roku masywnie zbudowany Nigeryjczyk, Ike Ibeabuchi objawił się bokserskiemu światu zwyciężając w krwawym slugfeście ówczesny postrach wagi ciężkiej, Davida Tuę. Świat czekał na takiego boksera i wróżył mu wielkie sukcesy, ale niestety Ibeabuchi zgubił się gdzieś po drodze, a może trafniej będzie powiedzieć, że zniszczył się sam. W poniższym felietonie chciałbym przedstawić własny punkt widzenia na przyczyny gwałtownego zgaśnięcia tego mocnego kandydata do zdominowania wagi ciężkiej przełomu wieków.

Starcie nieznanego wówczas bliżej bokserskiemu światu „Mr. Presidenta”, bo taką ksywkę nosił Ike Ibeabuchi, z potężnie bijącym Samoańczykiem było daniem głównym organizowanej przez HBO cyklicznej gali-turnieju dla młodych, dobrze rokujących bokserów wagi ciężkiej. Dość wspomnieć, że na jednej z takich gal wystąpił Andrzej Gołota. David Tua dysponował przed tym pojedynkiem bardzo mocnym atutem – lewym sierpem, który gasił przeciwników jak pety. Niski, krępy, ale dynamiczny w wyprowadzaniu ciosów Tua był nawet nazywany „nowym Tysonem” – podobne warunki fizyczne, podobny styl bazujący na dynamice ciosów. Samoańczyk, którego długi czas trenował obecny trener Josepha Parkera, Kevin Barry (m.in. do walki z Lennoxem Lewisem, przegranej przez Tuę) miał już na rozkładzie tak cenne marki, jak Oleg Maskajew i John Ruiz. O ile z Maskejewem oglądaliśmy boks w wykonaniu obu panów, to już śliskiego i faulującego Ruiza Tua dosłownie ubił jak babka muchę packą! To nie był pojedynek – to była brutalna egzekucja. Tua zgasił światło Ruizowi piękną rakietą na szczękę, a gdy ten zamroczony osiadł na linach, Samoańczyk zasypał go gradem Power punchów, z których jeden wszedł w Ruiza twarz, jak Rocco Siffredi w koleżanki z planu.
Nie dziwi zatem fakt, że seryjny egzekutor David Tua był stawiany w roli mocnego faworyta. Jak wspomniano, Ike Ibeabuchi był szerzej nieznany. Żeby zrozumieć jego późniejsze ringowe (i nie tylko) losy, należy zrozumieć skąd w ogóle wziął się ten człowiek, który przez moment zaszokował bokserski świat…
Ike Ibeabuchi przybył do USA ze swojej ojczystej Nigerii w 1993 roku i miał wówczas 19 lat. Osiadł w Dallas, gdzie niespełna dwa lata później zadebiutował na ringu. Było to 13 października 1994 roku. Mając 21 lat Ike zniszczył swojego pierwszego ringowego rywala i przez następne dwa i pół roku kroczył od zwycięstwa do zwycięstwa – jego grafik był szczelnie nabity, jak się później okazało, ofiarami – Ike wygrywał wszystko i wprost demolował swoich ringowych rywali. I byłby to robił pewnie przez następnie kilka długich lat, gdyby nie to, że spotkał na swojej drodze przeciwnika nie do pokonania – samego siebie, wspieranego na dodatek przez „demony” w głowie.

Póki co, Ike Ibeabuchi przed swoją przełomową walką z Davide, Tua miał bilans 16 wygranych, z czego 12 razy sprowadzał przeciwników do definitywnego parteru i ich ciężko nokautował.
Kroczącego od wygranej do wygranej „Mr. Presidenta” wypatrzył znany w bokserskim świecie Lou DiBella i tym samym Ibeabuchi stanął przed swoim największym wyzwaniem w dotychczasowej karierze, którym był potężnie bijący Samoańczyk. Zapowiadał się ciężki bój dla obu panów. Czas pokazał, że także rekordowy pod względem wyprowadzonych ciosów w starciu wagi ciężkiej.
Pojedynek ten został opisany wiele razy, dość wspomnieć, że Ibeabuchi zdominował nieco w pierwszej części pojedynku Tuę, chyba nieco zaskoczonego napastliwością rywala. Samoańczyk jednak nie odpuszczał i w zasadzie cały bout był pokazem brutalnych wymian, parcia obu panów do przodu, nieustępliwości i czegoś co przeszło do annałów boksu – ci dwaj rówieśnicy (mieli wówczas po 24 lata) pobili wspomniany rekord wyprowadzanych ciosów w pojedynku bokserskim. Wcześniejszy ustanowili Ali i Frazier – w 1975 roku panowie łącznie wyprowadzili 1591 ciosów. Ibeabuchi z Tuą „przeskoczli” te legendy boksu i ustanowili nowy rekord – 1730 wyprowadzonych ciosów w pojedynku bokserskim.
Ibeabuchi ten pojedynek wygrał. Pokonał Tuę na punkty, a fani i eksperci byli wniebowzięci wytrzymałością obu bohaterów. Każdy dawał z siebie ile mógł, każdy wkładał w ciosy całą siłę, wreszcie każdy z nich przyjął wiele czystych bomb na twarz, ale w ani jednym momencie tej rzeźni żaden z nich nawet się nie zachwiał, a co dopiero mówić o zamroczeniu! Tym samym Ike Ibeabuchi ukazał się światu jako nowy potencjalny dominator w wadze ciężkiej. Czas pokazał, że po drodze poszło coś nie tak….

„Mr. President” pauzował 13 miesięcy, aby powrócić wygranymi z dwoma journeymanami i trafić w marcu 1999 roku na niepokonaną amerykańską nadzieję wagi ciężkiej – mistrza uników i wytrawnego stratega obrony, Chrisa Byrda (wówczas 26 wygranych i żadnej przegranej). Byrd po pojedynku powiedział, że nie docenił przeciwnika. Spodziewał się w jego wykonaniu brutalnej szarży, ale nie zakładał, że Ike będzie w stanie zmodyfikować swoją taktykę w trakcie walki. Summa summarum młody Byrd został stłamszony podczas jednego ze szturmów nacierającego „Mr. Presidenta” – nadział się na jeden z jego potężnych ciosów i był zmuszony „całować” ring. Co prawda podniósł się, ale tylko po to, aby ponownie zaliczyć deski. Tuż po tym sędzia zakończył pojedynek w piątej rundzie. Wydawało się, że świat należy do „Mr. Presidenta”.
Co ciekawe, tak było, a przynajmniej myślał tak sam Ike i to na serio. Już w jego poprzedniej walce sztab musiał uciekać się do mistyfikacji, aby Ibeabuchi w ogóle wyszedł z szatni na ring! Ponieważ sam nadał sobie ksywkę „Prezydenta”, trenerzy wykonali do szatni telefon – odebrał sam Ibeabuchi, po czym poproszono go o rozmowę z „Prezydentem”. Ike odłożył słuchawkę na kilka sekund, a potem już „zgłosił się” jako swoje alter ego – Prezydent. Oznajmiono mu, że na dole jest ważna narada i jego obecność jako prezydenta jest pożądana. Ike powiedział, że już schodzi na dół. Już wówczas osoby z jego sztabu zauważyły, że coś z nim nie tak.

Nie będę tutaj przedstawiał całego spektrum „popisów” pozaringowych „Prezydenta”, jak próba samobójstwa, w wyniku której brat jego dziewczyny został sparaliżowany (Ike świadomie z nim jako pasażerem wjechał rozpędzonym autem w betonowy mur). Słynne są także jego „odpały” – czuł się śledzony, miał manię prześladowczą, generalnie finalnie uznano, że jest chyba chory psychicznie (np. nie chciał wsiąść do samolotu, bo były w nim rzekomo demony, podobnie jak na hali bokserskiej – aby się ich pozbyć wyłączono klimatyzację, bo właśnie tam według matki Ibeabuchiego czaiło się zło. Napastował także seksualnie kilka kobiet, w tym panią z personelu hotelowego.

Można wymieniać w nieskończoność. Finalnie Ibeabuchi odsiedział za „niewinność” 15 lat. Ja chciałbym natomiast odnieść się do twierdzeń, jakoby Ike miał coś nie tak z głową i że była to schizofrenia (bo objawy takiej choroby stwierdzono u „Mr. Presidenta”). Otóż uważam, że to bzdura. Dlaczego? Już tłumaczę.
Argumentem posiłkowym dla podkreślenia tego, iż Ibeabuchi miał problemy psychiczne był fakt, że także jego matkę uznawano za „nawiedzoną” – jak wspomniano, słyszała i widziała demony. Te same, które później prześladowały „Mr. Presidenta”. Nie jest to dla mnie żaden argument, wystarczy mieć nieco więcej pojęcia o specyfice społeczeństw afrykańskich i zagnieżdżonych w nim zabobonów. Myślicie, że na kontynencie w którego niektórych rejonach poluje się na albinosów dla ich cennych „mózgów pełnych złota”, i leczących ciężkie choroby części ciała wiara w demony jest czymś wyjątkowym?! To jest tam tak samo powszechne, jak u nas swego czasu pekaesy kierowców pekaesów. Ot na przykład w takim Zimbabwe raz po raz ludzi straszą gobliny, gnomy i właśnie demony, a w niektórych innych krajach krokodyle często występują w roli uzdrawiających bogów – plebs znosi im jedzenie i dba o ich potrzeby (czyli chyba w zasadzie tylko o jedzenie). To, że uznano Ibeabuchiego za chorego psychicznie bo widział m.in. demony nie jest żadnym zaskoczeniem biorąc po uwagę to z jakiego kraju pochodził Ike.
No dobrze, ale przecież regularnie odbijało mu, robił dziwne rzeczy i stanowił realne zagrożenie dla otoczenia, więc musiała być jakaś przyczyna tych zachowań. No i była. Według mnie Ike Ibeabuchi to klasyczny przykład wstydliwego w świecie bokserskim casusu „roid rage” (steroid rage) – wszystko jasne? Nie no to jedziemy dalej.
Roid rage nadchodzi znienacka i wykolegował już wielu bokserów. Dość wspomnieć innego tuza z granitową szczęką, Olivera McCalla – przypomnijcie sobie jego pojedynek rewanżowy z Lennoxem Lewisem. McCallowi odbiło w ringu, Ibeabuchiemu odbiło w życiu.
Ludzie z otoczenia Ike’a mówili, że zaczęło mu szwankować w głowie po sławetnej walce z Tuą, ale dlaczego nie odpalało mu wcześniej? Bo nie był chory – obraz nędzy i rozpaczy Ibeabuchiego został zbudowany z solidnych podstaw – jego pochodzenia i związanych z tym zabobonów, nagłego dopływu gotówki (zarobił dobrze za wygraną z Tuą). Nieokrzesany i niezagospodarowany mentalnie mózg, nagły sukces, zabobony i mamy obraz Ike – w świecie zachodnim można uznać takie osoby za chore psychicznie, w Afryce (pewnych jej rejonach) nikogo by to nie zdziwiło.
Jednocześnie nie wykluczam, że Ike rzeczywiście mógł cierpieć na jakąś dolegliwość psychiczną, być może w walce z Tuą zebrał na głowę zbyt dużo czystych strzałów, co poskutkowało jakimś uszkodzeniem mózgu (badania po walce tego nie potwierdziły), ale wspomniałem o roid rage, ponieważ zauważyłem, że jakoś ekspercka wierchuszka pomija „wkład” koksów w mentalny upadek świetnie zapowiadającego się mistrza. No bo jakkolwiek oficjalnie od czasu do czasu wpada ktoś na wspomaganiu i zawsze wpadał, tak lata 90 i przełom wieków był szczególnie łaskawy dla bokserów, którzy to praktykowali (dość przypomnieć sztucznego siurka Mike Tysona czy potężną aferę dopingową, w której pośrednio znalazło się nazwisko ikony boksu, Evandera Holyfielda – koksy były mu dostarczane na nazwisko Evan Fields, co ciekawe, pod ten sam adres, pod jakim mieszkał Holy – ten tłumaczył się, że Evan Fields to nie on…

No dobrze, a skoro Ibeabuchi jest chory psychicznie, to jakim cudem był w stanie podczas swojego długoletniego pobytu w pace skończyć 3 fakultety, w tym z finansów i zarządzania? Pomogli koledzy z pod celi? Dość bajek, Ibeabuchi nie był chory, był po prostu piekielnie mocnym talentem z fatalnie kruchą osobowością, najwyraźniej podatną na „odpały”. Inna sprawa, że niektórzy osobnicy mają niejako predyspozycję do „świrowania” – siedzi to w nich głęboko skryte, ale może zostać obudzone przez stres życiowy lub nadużywanie pewnych substancji, a niektóre rodzaje „nielegalnego wspomagania” potrafią szczególnie metodycznie ryć beret. Ale o tym wie doskonale sam Ibeabuchi. Facet po wyjściu z więzienia miał się odbudować boksersko, a tymczasem odbudował swoje dziedzictwo kryminalisty i ponownie trafił do pudła.
O Nigeryjczyku prędko nie usłyszycie. Chyba, że z okazji wspominek związanych z jego przełomową (i mentalnie zjazdową) walką z innym młodym byczkiem ówczesnej sceny bokserskiej, wspomnianym Davidem Tuą.
Jakkolwiek Ike „Mr. President” Ibeabuchi nigdy nie zdobył pasa mistrza wagi ciężkiej jakiejkolwiek federacji, ówczesna wierchuszka bokserska go unikała, a wręcz się go bała. Na szczęście dla takich zasłużonych bojców jak Lewis i Holyfield, a na nieszczęście dla samego „Mr. Presidenta” zanim on sam miał okazję ich zniszczyć dokonał na sobie życiowej autodestrukcji. Jest nawet na to trafne określenie – mental meltdown.

tekst: Maciej Chrościelewski/wringu.net

Dodaj komentarz