Cotto kończy karierę. Dzięki za wszystko, mój idolu!

Miguel Cotto, Caguas, Portoryko. Były mistrz w czterech wagach, modelowy przykład czempiona. Człowiek, który przypominał światu o sobie pracą w ringu, a nie skandalami, wyciąganiem prywatnych brudów (swoich lub cudzych), czy głośnymi odsiadkami w więzieniu. Pięściarz, który nie unikał absolutnie nikogo, bez względu czy ten był w prime, mniejszy, większy, cięższy, itd, itp. Cotto po prostu robił swoją robotę, zamiast prowadzić z kimś negocjacje przez sześć lat… Cotto to wojownik, dzięki któremu zainteresowałem się boksem na poważnie. Nigdy nie zapomnę jego występu z Mannym Pacquiao. Dotkliwa porażka, która zapoczątkowała tak na prawdę moją pasję do boksu od strony dziennikarskiej. Wiadomo, szermierkę na pięści znałem już wcześniej, jednak nie zgłębiałem jej aż tak, do momentu, kiedy ujrzałem „Junito” między linami.

Tuż po tej walce musiałem wiedzieć o nim wszystko: nadrobić wszystkie pojedynki, zapamiętać markowe zagrania w ringu, obejrzeć treningi medialne. To był ten styl w boksie, który uwielbiałem i jak się okazało, którego nie prezentował nikt inny. Cotto był jedyny!

Wielokrotnie wracałem do największych batalii w jego wykonaniu. Tylko popatrzmy kto jest na rozkładzie Portorykańczyka. Cotto wojował w czterech wagach, w jednej nieco dłużej, innej nieco krócej, ale tu chodzi o nazwiska. Nie sposób wymienić wszystkich, ale wspomnę tylko o Zabie Judach, Shane Mosleyu, Paulim Malignaggi, Antonio Margarito, Ricardo Torresie (wspaniała wojna), czy Sergio Martinezie. To tylko kilka nazwisk, którym Cotto pokazywał sztukę boksu. Były i porażki, jednak z wyjątkiem Pacquiao i oszustwa z Margarito, Cotto nigdy nie odpuszczał pola walki. Trout, Alvarez, Mayweather – wszystko to, to tak na prawdę wyrównane starcia, gdzie 37-latek przegrywał minimalnie. Każdą z porażek przeżywałem ogromnie i pisząc to, uśmiecham się, jak można zżyć się przez lata z gościem po drugiej stronie świata, który raczej nie wie o istnieniu „jakiegoś tam” kibica z Polski. Dla mnie jego wojny to było coś więcej. Nazwijmy to tak, że często pomagałem sobie jego boksem w słabszym okresie. Lubiłem wracać do losowej walki i studiować ją na nowo. To trochę tak jak z muzyką, która potrafi podnieść cię psychicznie. Tak mam i teraz, tak będzie zawsze. Jest tego sporo, bo aż czterdzieści siedem zawodowych wojen, z czego tylko sześć przegranych.

Dzisiejszej nocy w Las Vegas widać było po Cotto wiek. 37-lat to w boksie dużo. Jedni konserwują się lepiej, innym przychodzi to z trudem. Cotto miał wiele wojen, które zostawiły na nim ślady. Było to widać dzisiaj, gdzie chwiał się kilka razy po ciosach Aliego. Takie uderzenia kiedyś Portorykańczyk przyjmował bez trudu i widząc to, tylko utwierdziłem się, że nie chcę go już oglądać w kolejnych walkach. Szkoda zdrowia, pora ustąpić młodszym, mniej rozbitym. Porażka z Alim była minimalna, zabrakło odporności, może nieco więcej paliwa na ostatnie rundy. Zamknięcia w  narożniku i na linach też już nie były takie same, jak kiedyś. To już inny, mniej agresywny Cotto, jakiego pamiętałem. Co ciekawe, została mu genialna praca nóg, coś co z wiekiem ulatnia się pierwsze…

Dzięki mistrzu za lata emocji, i że mogłem miesiącami wyczekiwać na Twoje powroty, za zarwane nocki i za to, że sławiłeś pięściarstwo swoją nienaganną osobą. Adiós Campeón!

Tomek Groblica/wRINGu.net

Dodaj komentarz