Cyrk na Narodowym i antypromocja boksu

Pompowany przed galą na Narodowym balonik pękł bardzo głośno, bo i powietrza wpuszczono weń bardzo dużo. Kiedy organizator, promotor i „zawodnik” Marcin Najman mówił jeszcze na tygodnie przed galą, że sprzedali ok 17 tysięcy biletów byłem pozytywnie zaskoczony i życzyłem sukcesu jakże dobrze zapowiadającego się wydarzenia. Niestety, a może stety, w boksie nie ma miejsca na megalomanię, bo tu trzeba mierzyć zamiary na swoje możliwości.

Na gali na oko zjawiło się mniej jak 10 tys. kibiców, a echo anonsiera Michaela Buffera niosło się po opustoszałym Stadionie Narodowym. Swoją drogą, chwila kiedy Buffer wywoływał do ringu Richarda Bigisa i Marcina Najmana była bezcenna, nie zapomnę tego przez lata. Ciekawe czy Amerykanin to już taki rutyniarz i wywołuje za pieniądze każdego? Czy jednak czuł choć trochę zażenowanie…

Gdyby organizatorzy próbowali zrobić tą galę w kilkutysięcznej hali odnieśliby wielki sukces, niestety górę wzięła zachcianka i dziwna chęć zasłynięcia w mediach. Nieopodal ringu była scena, na której wystąpiło paru artystów, potem w ringu pokazała się „nie tak bardzo schorowana” Edyta Górniak, która dała radę zaśpiewać (chyba) z playbacku. Widać jaka gala taki śpiew.

Przejdźmy do aspektu czysto sportowego. Tutaj dostaliśmy minimum emocji, które zapewniło kilka walk w formule k-1 oraz pojedynek Roberta Talarka z Norbertem Dąbrowskim. Wspaniałe zwieńczenie trylogii tych dwóch chłopaków. Panowie kończyli walkę porozbijani, szli cios za cios, Talarek lądował na deskach, a i tak szedł na „Norasa” do samego końca. Ta walka na pewno rozgrzała parotysięczną widownie, tylko po to, żeby chwilę później do ringu wyszedł wspomniany Najman i Bigis. Poważnie, liczyłem, że Bigis zajmie miejsce Laszlo Fekete, słynnego Węgra z gali w Wieliczce, jednak okazuje się, że walczył całkiem nieźle, a królem cyrku pozostanie Fekete. O walce można powiedzieć tyle, że się odbyła i zakończyła.

Ciężki bój stoczyła nasza mistrzyni Ewa Piątkowska, która obroniła pas WBC decyzją dwa do remisu. Pecha miał Izu Ugonoh, którego rywal, Fred Kassi stwierdził, że jest kontuzjowany i nie będzie walczył po dwóch rundach walki… Ciekawostką jest, że miałem okazję dwa razy rozmawiać z Kassim. Dwa razy poprawiał mnie, że mam się do niego zwracać „ACTION” Kassi – wszystko ok, tylko gdzie on tam jakieś akcje w ringu zrobił? Nie mam pojęcia. W tym wszystkim szkoda Izu, który przygotowywał się na ciężką walkę.

Udanie wrócił Szpilka, który przeboksował pełne dziesięć rund w dobrym stylu. Andrzej Gmitruk dokonał niemożliwego i nauczył Szpilkę trzymać wysoką gardę. Szpilka wrócił po dwóch porażkach i pełen dystans z kimś takim jak Dominick Guinn były idealne na odbudowanie się. Pokonany rywal z dobrym nazwiskiem zapisany na koncie Szpilki. Artur musi pozostać skupiony na boksie, bo pokłady talentu są w nim od zawsze. Czekamy jak dalej to wszystko się rozwinie.

A! i jeszcze jedno, na gali śpiewał zespół Kombi. Jedną z piosenek była „Słodkiego miłego życia”. Tak więc idąc tą myślą piszę do czytelników: „Słodkiego miłego życia” – nie dajcie się nabrać, gala boksu, którą wczoraj widzieliście nie miała za wiele wspólnego z nasza ukochaną dyscypliną. Doświadczając czegoś takiego życie słodszym stać się nie może.

Jedna myśl na temat “Cyrk na Narodowym i antypromocja boksu

  1. Panowie bądźcie bardziej precyzyjni. Walki w K1 zapewniały ogromne emocje dla fanów tej dyscypliny. Powrot Jarosza i walka Sarara vs Możny (jedno z najmocnijszych zestawień w historii polskiego kickboxingu) naprawdę dzialalo na wyobraznie. Zabrakło z tym zdaniu, że autor nie jest fanem kickboxingu.

    Pozdrawiam
    Paweł Sawicki

Dodaj komentarz