Dariusz Michalczewski : Po przyjeździe do Niemiec nie miałem nic. Zaczynałem kompletnie od zera

Jak Pan sobie radzi w okresie pandemii?

DM: Siedzimy w domu od około 4 tygodni. Co jakiś czas jadę na zakupy – mniej więcej co osiem bądź dziesięć dni. Jakiegoś strachu nie mam o wirusa, bardziej się boję o rodzinę, o swoje dzieci. Ogólnie to my bardzo przestrzegamy zasad higieny i nigdzie nie wychodzimy. Raczej nas też nikt teraz nie odwiedza.

Czy Pana zdaniem ta cała przerwa wywołana koronawirusem będzie miała wpływ na formę sportowców? Mam tu na myśli szczególnie pięściarzy.

DM: To na pewno…brak startów to jest duży problem, a co dopiero brak treningów. Chociaż wiem, że niektórzy robią co mogą, by zachować sprawność fizyczną.

Co by Pan polecił pięściarzom, żeby w tym trudnym okresie, że tak to nazwę „nie zardzewieli”? Co by robił Tiger jakieś 20-25 lat temu i byłaby taka pandemia jak dziś?

DM: Ja się przygotowywałem do swoich pierwszych ligowych walk w Bundeslidze w pokoju. Mieszkałem wtedy w Hanau, a boksowałem w Leverkusen. Bez rękawic, walka z cieniem, skakanka, pompki, mięśnie brzucha i gimnastyka. Ja boksowałem już wtedy naprawdę z poważnymi rywalami. To były już czasy, kiedy połączyły się DDR-y i zawodnicy w lidze byli naprawdę wymagający. Pierwsze przygotowania nie były profesjonalne, ale mimo wszystko dawałem sobie radę. Jak się chce to można.

Aktualnie skupia się Pan na rodzinie, na swoich interesach, ale rozumiem, że boks cały czas Pan śledzi?

DM: Tak jak najbardziej.

Szpilka zaproponował poprzez media społecznościowe rewanż Tomkowi Adamkowi. Stwierdził, że może odbyć się w HW. Jak Pan to widzi po ostatnim pojedynku Szpilki z Radczenko?

DM: Jak dla mnie to są… jakieś nierealne rzeczy, bo przecież Tomek skończył karierę. Jakby żył Muhammad Ali to i z Alim by Artur chciał zaboksować…chyba już sporo oberwał.

Był Pan ostatnio na kilku galach nowego Universum. Jakie wrażenia? Jak Pan je ocenia?

DM: Raczkują… Te pojedynki są niezłe na poziomie hamburskim, że tak powiem. Są wyrównane. Chłopacy dosyć dobrze boksują, ale nie będę ukrywał, że poziom w boksie przez ostatnie parę lat spadł. Kiedyś, jak wstawałem w nocy to potrafiłem wymienić pierwszą dziesiątkę w wadze ciężkiej, czy cruiser albo półciężkiej. A dzisiaj? Ciężko znaleźć takie nazwiska jak kiedyś. Wiadomo, że są dobrzy pięściarze jak Fury, Joshua, Wilder czy np. Ruiz, ale to już nie to, co było kiedyś choćby w latach 90. Na taki stan wpływa dużo bodźców, np. młodzież jest nastawiona na szybkie „strzały”, za szybko przechodzą z amatorstwa na zawodowstwo. Chcą odrazu odnieść wielki sukces i zarabiać duże pieniądze, a tak się nie da. To są wyrzeczenia i ciężka praca. Sukces boli i młodzież nie daje sobie rady, bo nie wytrzymują tego psychicznie.

Mialem przyjemność zrobić kilkukrotnie wywiad z Ismailem Oezenem. Zawsze się dobrze o Panu wyrażał. Nadal razem współpracujecie?

DM: Tak, telefonujemy regularnie. Ja miałem pracować dla niego, ale jak zobaczyłem, jaką on dobrał sobie drużynę wokół siebie, to zrezygnowałem. Dzwonił do mnie ostatnio bym mu doradził w pewnych sprawach. Ja to będę nadal robił. On zawsze pyta czy o treningi, czy o organizacje gal. Często mnie pyta, jak ja to widzę, pyta o poradę. Rozmawiamy często. On jest, że tak powiem moim fanem i wychował się na moich pojedynkach.

Słyszał Pan zapewne o tej sytuacji z ZDF, która najpierw zrezygnowała z pokazywania gal Universum twierdząc, że reprezentujący je zawodnik Artem Hartyunan jest zbyt mało popularny i nie kojarzy się z Niemcami. Ostatecznie ZDF będzie pokazywać ich gale, ale Oezen musiał się odwoływać. Jak Pan to skomentuje?

DM: Słyszałem o tym, tylko dokładnie nie znam problemu, ale myślę, że komentarz dla „Bildu” był niepotrzebny. Koniec końców będą razem współpracować.

Czy myśli Pan, że pojawi się jeszcze taki pięściarz w Niemczech, który będzie obcokrajowcem i będzie porównywalnie popularny i osiągnie podobny sukces jak Pan czy bracia Klitschko? Ok był Abraham, był Huck, Sturm, ale wy jednak graliście w innej lidze.

DM: To prawda, Kliczkowie i ja byliśmy jednak na innym poziomie szczególnie bracia Klitschko, bo to jednak była waga ciężka – dwóch braci fenomen. Natomiast ja nie miałem tak dobrze jak bracia Klitschko, kiedy przyjechali do Hamburga bodajże w 97. Jak wspomniałem, ja się przygotowywałem na początku w pokoju do pojedynków, a bracia przyjechali już do gotowej siłowni, mieli zupełnie inny standard i pieniądze. Zaczynali od innego pułapu jednak to zawodowstwo, a u nas w Universum to ja robiłem Gym, to ja mówiłem, gdzie ma być sprzęt, worki, drabinki itd. To wszystko ja ustawiałem, zanim przyszedł Fritz Sdunek (śmiech). Żeby osiągnąć status takiej gwiazdy jak bracia Klitschko czy chociażby ja w tamtych czasach, to trzeba mieć to coś, coś więcej. Trzeba świetnie boksować, wygrywać, być mistrzem, ale trzeba też mieć osobowość. Mnie ludzie kochali, bo ja byłem otwarty na nich i na życie. Ja chciałem ludzi poznawać, czy inne gwiazdy jak Skorpionsów czy Bruna Bruni. Poznałem też gwiazdy piłki nożnej np. Beckenbauera czy Klinsmanna. Chodziłem trenować na Sankt Pauli piłkę nożną. Wyobraź sobie, że nie odróżniłby ktoś tego, że nie jestem zawodowcem na tyle byłem dobry (śmiech). Ja tych ludzi wszystkich znałem, spotykałem się z nimi po treningach w restauracjach. To była wówczas śmietanka – ludzie prominentni, ale nie tylko. Ja po prostu utrzymywałem kontakt z ludźmi. Ja kochałem poznawać życie i ludzi. Dlatego później wypełniałem hale na moich pojedynkach.

Właśnie to mi powiedział niedawno podczas rozmowy Bernd Boente, że był Pan wybitnym pięściarzem – to nie ulega wątpliwości – ale również posiadał „to coś” – tą osobowość.

DM: Ja byłem po prostu sobą. Byłem otwarty, mówiłem co myślę, tak jak dziś. Jak czasem zerknę na wywiady dzisiejszych pięściarzy to oni się zastanawiają, jak mają powiedzieć, a nie co…

Chciałbym, żebyśmy się teraz cofnęli kilka ładnych lat wstecz. Porozmawiajmy trochę o czasie przeszłym. 91 rok i Dariusz Michalczewski przeprowadza się do Hamburga. Jak Pan pamięta pierwsze dni w Hamburgu?

DM: Wspaniale! Ja się czułem tam jak ryba w wodzie. Szybko się tam zaaklimatyzowałem. Po tygodniu już byłem jednym z nich (śmiech). Hamburg to było moje życie. Kręciło mnie strasznie to miasto. Powiem tak, sportowcem byłem bardzo zdyscyplinowanym, ale po walkach to dawałem ognia (śmiech). Jak boksowałem w Aachen, a tam się jedzie około 4-5 godzin z Hamburga, to cała Ritze (klub, w którym na dole na początku trenował „Tiger”) czekała za mną, żeby świętować noc po walce.

Co Pana najbardziej urzekło w tym mieście?

DM: Portowe miasto raz, multi kulti dwa, różni ludzie. Bardzo kolorowe miasto, świetny biznes, bo w tamtym czasie najwięcej milionerów mieszkało właśnie w Hamburgu. Z resztą do dzisiaj chyba też. Gastronomia. Hamburg ma niesamowite gastronomie. Moim zdaniem jedne z lepszych na świecie. Tam się prześcigają restauracje. Właściciele są jak artyści, dosłownie sami gotują, sami kelnerują czasem. Ten klimat tam jest taki do dzisiaj.

Pamięta Pan swój pierwszy własny dom w Hamburgu i jaka to była dzielnica?

DM: Tak, to był piękny dom z basenem i ogrodem, bodajże 350 m2. W dzielnicy Farmsen.

Tęskni Pan za Hamburgiem? Nadal tam Pan jest znany.

DM: Bardzo. Trochę czasu tam jednak spędziłem. Było trochę tych Schlagzeilen (nagłówki np. w prasie) i pozytywnych, i tych mniej pozytywnych (śmiech).

Jacy byli bracia Klitschko na sali podczas treningów w Universum?

DM: Normalni. Wiesz, tam był szacunek na sali, każdy się szanował. Nie było lepszy gorszy. Ok przyznam, że jak wchodziłem na salę to był ten taki szacunek, że ja ”dowodzę”, ale to była taka hierarchia niepisana. To po prostu było wiadome. Oni robili swoje, trenowali z nami, siedzieli, jedli posiłki, wszystko normalnie. Ale w tamtym okresie byłem jedynym, który może wypić kawę z trenerem po treningu (śmiech). Wszystko było super. Żartowaliśmy, trenowaliśmy, była taka zdrowa rywalizacja na treningach. Wiesz, każdy chciał być szybszy, lepszy np. albo wykonywać najlepiej dane ćwiczenia.

Utrzymywaliscie kontakt po treningach, kiedy mieszkaliście wszyscy w Hamburgu? Czy raczej widywaliście się tylko na sali?

DM: Bardzo mało. Ja raczej trzymałem prywatnie z Istvanem Kovacsem – byłym mistrzem olimpijskim i mistrzem zawodowców.

Macie dzisiaj jakiś kontakt z braćmi Klitschko?

DM: Widzieliśmy się jakiś czas temu w Monachium, ale tak to czasem telefonujemy.

Mówi Pan po niemiecku. Miał Pan jakiś Sprachkurs (kurs języka), czy codzienne życie było najlepszym nauczycielem języka niemieckiego.

DM: Ja ani razu nie bylem w żadnej szkole, by uczyć się języka (śmiech). To życie najlepiej mnie nauczyło. Ja chciałem szybko się nauczyć już w Leverkusen, próbując rozmawiać z Niemcami. Pamiętam, jak siedziałem z moim bratem i mówili do mnie, jeszcze nie rozumiałem wszystkiego, ale pomyślałem wtedy „zobaczycie jak ja się nauczę to będziecie mnie tu wszyscy słuchać” (śmiech). Tak się stało, osiągnąłem sukces, a Niemcy mają szacunek do sukcesu.

Jako pierwszy pięściarz w historii zunifikował Pan pasy mistrzowskie organizacji WBA, IBF i WBO. 48 pojedynków wygranych, a tylko 2 przegrane. Dziś z perspektywy czasu co było kluczem do tak ogromnego sukcesu?

DM: Jak wygrywałem to był odpoczynek przez parę dni, ale później wracałem na salę jako pretendent. Nie było arogancji, nosa do góry, tylko ciężka praca na nowo. Ja też nigdy przed pojedynkami nie zadzierałem nosa do góry, że kogoś roz****le itd. Zawsze była pokora i szacunek dla rywala. Zawsze miałem nastawienie, że boksuje o tytuł jako pretendent. Byłem bardzo skoncentrowany też. Potrafiłem przenieść 80% z sali na pojedynek, nie usztywniałem się. Trema pchała mnie na przód, a pojedynek to był mój spektakl. Ostatnie 5 lat już przygotowywałem się do życia po karierze i nie byłem wystarczająco skoncentrowanym na treningach i boksie. Robiłem po 11kg wagi i to było też powodem moich dwóch ostatnich porażek. Po mnie do Universum przyszło z 30 „talentów stulecia”. Ich już dawno nie było, a ja nadal byłem mistrzem. Później na pożegnanie mojej kariery powiedziałem do mojego promotora Klausa Petera Kohla: „Peter, ja Ci za jedną rzecz dziękuje bardzo specjalnie, że Ty mnie nigdy talentem stulecia nie nazwałeś”.(śmiech)

Może nie każdy kibic wie, ale poznał Pan Marka Wahlberga, nakręcił nawet klip hip-hopowy pod ksywką Marki Mark, w którym wziął Pan udział. Mógłby Pan przybliżyć tą historię i to jak Pan poznał Marka Wahlberga?

DM: Poznał nas szef wytwórni płytowej „EastWest” Juergen Otterstein. On pracował z Markiem Wahlbergiem, a że Juergen był moim kolegą to nas poznał, ponieważ Mark Wahlberg był fanem boksu. Zrobiliśmy kilka razy trening, również kilka razy poszliśmy na imprezę. I tak jakoś zrodził się pomysł teledysku.

Macie dzisiaj kontakt z Markiem Wahlbergiem? to jest dziś wielka gwiazda Holywood. W 2017 został okrzyknięty najlepiej zarabiającym aktorem.

DM: Nie, niestety nie. Kilka razy ktoś mi przesłał pozdrowienia od niego, ale kontaktu niestety nie mamy. Odniósł wielki sukces to świetny aktor i producent. Ale lubił kiedyś zabalować (śmiech).

Jak wspomniałem już wcześniej miałem przyjemność rozmawiać ostatnio z Berndem Boentem. Wyrażał się o Panu z dużym szacunkiem. Powiedział, że Sven Ottke Henry Maske i właśnie Pan mieliście duży wpływ na rozwój i popularyzację boksu zawodowego w Niemczech i, że jest Pan najlepszym bokserem zawodowym w Polsce jakiego mieliśmy. „Der Beste aller Zeiten”.

DM: Bardzo miło z jego strony. Dla Mnie Henry Maske był wielkim dżentelmenem. Wielka klasa.

Mija dokładnie 20 lat, kiedy stoczył Pan rewanżowy pojedynek z Rocchigianim. Jak Pan dziś wspomina ten drugi pojedynek z Graciano, którego niestety nie ma już wśród nas.

DM: Bardzo fajnie to wspominam. To był dla mnie wielki sukces. Tam pokazałem to, co trzeba. Można powiedzieć, że wygrałem z nim jego bronią. Pierwszy raz był wtedy liczony i pierwszy raz przegrał przed czasem. Szkoda, że już go nie ma z nami. On był bardzo specyficznym człowiekiem, ale bardzo dumnym. Szkoda, że szedł tak przez życie pod prąd.

Michalczewski vs. Rocchigiani

Jakie ma Pan plany jak już się skończy pandemia koronawirusa?

DM: Nic szczególnego nie będę robił. Posprzedawałem wszystkie swoje biznesy. Mam jedynie Tiger Energy Drink i nieruchomości więc spędzam czas z rodziną. Siedzimy na ogrodzie. U nas wiele się nie zmieniło. Rano woziłem córkę do przedszkola. Żona wiezie syna do szkoły, a później odbieramy ich. Pójdziemy sobie na basen, Darek ma szkołę sportową. Chodzi na piłkę, bo Lechia zrobiła klasę sportową, uczęszcza do klasy sportowej także zaczyna dzień na treningu. W weekendy ma turnieje, mecze i takie nasze życie. Mieszkamy blisko morza jakieś 300 metrów. Mieszkamy bardzo fajnie, bo w lesie. My z żoną również trenujemy na siłowni.

Jak na wakacjach…

DM: Dokładnie jak na wakacjach (śmiech).

Jeszcze tak na koniec… Ostatnio Pan Janusz Pindera wspominał, że wyjeżdżając z Polski miał Pan lepsze warunki niż na początku w Niemczech. Wyraził się, że w Polsce miał Pan szafę pieniędzy. Jakie były faktycznie początki w Niemczech zaraz po wyjeździe z Polski?

DM: Wtedy była duża inflacja. Po przyjeździe do Niemiec nie miałem nic. Zaczynałem kompletnie od zera: bez mieszkania, bez samochodu, bez pracy, nawet roweru nie miałem. Później pracowałem na budowie i pomagałem w sklepie warzywnym i za to dostawałem jedzenie. Nawet pieniędzy z tego nie było. Wiem, że ludzie mi zarzucają ten wyjazd, ale ja z perspektywy czasu nic bym nie zmienił. Ludzie widzą to, co chcą widzieć. Widzą tylko sukces, ale to jak miałem na początku i ile pracy włożyłem, żeby to wszystko osiągnąć, gdzieś im umyka.

Rozmawiał: Witold Szmagaj/wringu.net

Leave a Reply