Janusz Pindera: Gala goni galę »

Janusz Pindera: Gala goni galę

janusz pinderaTo był pracowity bokserski weekend. Bili się byli mistrzowie świata, toczono walki o mistrzowskie pasy, ale nie brakowało też pojedynków, których lepiej żeby nie było. Co ważne wrócił między liny ringu znakomity Andre Ward, pokonał rywala przed czasem i zarobił 2 mln dolarów.

To rekordowe honorarium minionego weekendu. Otrzymał je pięściarz, który ostatnią porażkę poniósł kilkanaście lat temu. Amerykanin Andre Ward, bo o nim mowa, złoty medalista igrzysk olimpijskich w Atenach (2004) i niepokonany zawodowy mistrz wagi super średniej wrócił na ring po długiej przerwie i pokonał Anglika Paula Smitha, który niezbyt miło będzie wspominał pobyt w Kalifornii.

Smith miał ogromne problemy z uzyskaniem umownego limitu 172 funtów (trzy mniej mniej od górnej granicy kategorii wagi półciężkiej!) i dwukrotnie płacił za to karę. W sumie kosztowało go to 60 tysięcy dolarów, które potrącono mu z gaży wynoszącej

225 tysięcy USD. Ostatecznie ważył 184,5 funta, mógłby więc walczyć w kategorii cruiser (junior ciężkiej).

A co do Warda, to za wcześnie mówić o jego formie. Wrócił, wygrał, nieźle zarobił, ale na wielkie wydarzenia z jego udziałem trzeba jeszcze trochę poczekać. Kto wie, może dojdzie w niedalekiej przyszłości do jego walki z królem wagi średniej, Kazachem Gienadijem Gołowkinem ? Obaj są niepokonani, obaj mają mistrzowskie pasy, a różnica wagi nie powinna być problemem. Umowne limity są przecież bardzo modne i wygodne.

Więcej emocji niż w Oakland tym razem było jednak w  Montrealu i Las Vegas. W Kanadzie miejscowy pupil David Lemieux zdobył wakujący pas IBF w wadze średniej czterokrotnie mając na deskach drugiego z pretendentów do tego tytułu, Kameruńczyka Hassana N’Dam N’Jikama.

O tym, że ten facet potrafi mocno uderzyć wiemy od dawna, co więcej gdyby nie potknął się kiedyś na meksykańskim wojowniku Marco Antonio Rubio, to wiara w możliwości Kanadyjczyka byłaby znacznie większa. Jego ewentualna walka z Gołowkinem byłaby z całą pewnością wybuchowa, choć myślę, że gdyby już doszło do eksplozji, to ofiarą byłby przystojniak  z Montrealu. Kazach to jednak siłacz jakich mało.

Shawn Porter też jest silniejszy od Adriena Bronera, ale niewiele z tego wynika. To on leżał na deskach w ostatniej rundzie, nie Broner. Ale wygrana Portera nie podlegała jednak dyskusji, decyzja sędziów była prawidłowa. Adrien „The Problem” Broner znów miał kłopoty, które potwierdziły, że nie lubi twardych, nieustanie atakujących przeciwników. Tak było w starciu z Marcosem Maidaną w 2013 roku, taką było również teraz, w MGM Grand Garden Arena w Las Vegas. Broner w wadze półśredniej, nawet jak jest to umowny limit, jakoś mnie nie przekonuje.

Obaj byli mistrzowie świata tej kategorii niczym nie zachwycili, choć Porter wywierał presję od pierwszego do ostatniego gongu. Myślę, że to zadecydowało o jego wygranej. Z dwójki byłych mistrzów pochodzących z Ohio, to on okazał się lepszy i nie można wykluczyć, że Floyd Mayweather jr (obecny na tej gali) zmierzy się z nim w swojej pożegnalnej walce, 12 września, też w MGM w Las Vegas. Ale to oczywiście nic pewnego. Moim zdaniem Porter nie gwarantuje wielkiego widowiska, ale nie jest też łatwym przeciwnikiem dla nikogo, choć z drugiej strony trudno mi sobie wyobrazić, że mógłby zagrozić Floydowi Jr. To raczej niemożliwe, więc nie można wykluczyć, że dostanie życiową szansę.

Źródło: polsatsport.pl/Janusz Pindera

Leave a Reply