John Ruiz – milczący mistrz klinczu

John Ruiz – milczek, gbur, najnudniejszy pięściarz świata, ale też zawodnik, który dwa razy sięgał po mistrzowskie trofeum w najcięższej kategorii. Pięściarz, którego kariera przeżywała liczne wzloty i upadki i który w równym stopniu może nazywać się szczęściarzem jak i pechowcem. Przyjrzyjmy się bliżej karierze tego nieco zapomnianego mistrza świata.

Ruiz urodził się 4 stycznia 1972 roku na terenie USA. Niedługo po urodzeniu przeniósł się do Puerto Rico, które było ojczyzną jego ojca. Do Stanów Zjednoczonych przyszły pięściarz wrócił po siedmiu latach, po rozwodzie rodziców. Ruiz przygodę z boksem rozpoczął w kategorii półciężkiej. W 1991 roku wystartował w mistrzostwach świata w Sydney, gdzie wygrał dwie walki i odpadł dopiero w ćwierćfinale w pojedynku z reprezentantem ZSRR –  Andriejem Kurniawką. Rok później w meczu USA – Niemcy wypunktował Torstena Maya, po czym próbował załapać się do reprezentacji olimpijskiej. Niestety ta sztuka mu się nie udała i po przegranej na punkty z Jeremy Williamsem postanowił przejść na zawodowstwo. Już jako amator zyskał przydomek „The Quiet Man”. Odnosił się on do niemal legendarnej małomówności i mrukliwości Ruiza. Chris Byrd kiedyś wspominał nawet, że podczas  kilkudniowej imprezy Ruiz zamienił z nim około 5 zdań.

Ruiz zadebiutował w kategorii junior ciężkiej. W swojej pierwszej walce wypunktował po czterech rundach Kevina Parkera. Później zanotował 13 kolejnych wygranych z czego 9 przed czasem. Jego rywale nie byli zawodnikami z najwyższej półki, a Ruiz zaczął dodawać pojedyncze walki w kategorii ciężkiej. Sam jednak raczej nie przekraczał 90 kg. Wtedy John jeszcze nie miał opinii mistrza klinczów, który zabija każde widowisko. Pierwszym testem dla Ruiza było starcie z Sergiejem Kobozevem. Walka odbyła się Bay Saint Luis w stanie Mississippi. Rosjanin był wtedy uważany za niezłego prospekta. Legitymował się bardzo przyzwoitym rekordem 14-0, 11 KO. Pojedynek odbył się w sierpniu 1993 roku. Ruiz na początku walki doznał kontuzji ręki, która znacznie ograniczyła jego możliwości pieściarskie. Jednak nie przeszkodziło mu to stoczeniu bardzo równej walki. W trakcie pojedynku Ruiz wyprowadził co prawda o ponad 300 ciosów mniej od Rosjanina, ale w statystyce ciosów celnych osiągnął dwukrotnie lepszy wynik niż Kobozev (51 % Ruiz i 25 % Kobozev). Niestety po 10 rundach sędziowie wskazali na wygraną Rosjanina stosunkiem dwa do jednego.

Po tej walce Ruiz zaczął stopniowo nabierać masy, żeby przenieść się do kategorii ciężkiej. Po przegranej z Kobozevem John odniósł cztery kolejne zwycięstwa, po czym dostał szanse pierwszej walki o tytuł. Tym razem był to mało prestiżowy pas IBO, jednak za rywala Ruiz otrzymał Danella Nicholsona uznawanego wówczas za jednego z lepszych zawodników wagi ciężkiej. Ruiz ponownie stoczył zacięty i wyrównany pojedynek, ale ponownie uległ rywalowi stosunkiem dwa do jednego.

Pomimo tego Ruiz nie odpuścił i już dwa miesiące później wrócił na ring z nokautem na Ricku Sullivanie. Nieco później wypunktował Borisa Powela, którego rekord wówczas wynosił 23-0, 13 KO. Potem zanotował jeszcze kolejne wygrane przed czasem. Wówczas liczący zaledwie 24 lata Ruiz załapał się na galę, podczas której mieli zaprezentować się sami ciężcy młodego pokolenia.

Podczas tej gali swoje pojedynki toczyli między innymi Michael Grant, Jameel McCline, David Izon, Shannon Briggs a także Andrzej Gołota. Ruiz wystąpił wówczas w walce wieczoru. Jego rywalem był siejący terror David Tua. Zawodnik z Samoa nie imponował co prawda warunkami fizycznymi (zaledwie 178 cm wzrostu), ale posiadał nokautujący pojedynczy cios z obu rąk i potrafił zaskoczyć niespodziewanymi ciosami. Stawką walki był pas interkontynentalny WBC. Przed walka Ruiz miał na koncie 25 wygranych, w tym 17 przez nokaut, i dwie porażki. Tua był niezwyciężony w 22 pojedynkach (18 KO). Sam pojedynek zapisał się w historii jako jeden z najszybszych nokautów. Tuz po pierwszym gongu Tuza trafił Ruiza potężnym lewym sierpem. Ruiz po tym uderzeniu poleciał na liny, gdzie Tua zakończył dzieło zniszczenia serią mocnych sierpowych, po których Ruiz padł nieprzytomny na ring. Cała walka trwała zaledwie 19 sekund. Po latach Tuza żartobliwie wspominał tą walkę słowami: „John wyglądał na sympatycznego gościa. Szkoda, że nie mięliśmy czasu żeby się lepiej poznać”.

Niespodziewanie właśnie ta porażka była momentem zwrotnym w karierze Cichego Johna. Niespełna rok po przegranej z Tuą, Ruiz wypunktował Jimmiego Thundera i zdobył pas NABF. W pierwszej obronie znokautował w 22 sekundy Raya Anisa, następnie znokautował w 11 rundzie byłego mistrza świata Tony’ego Tuckera. W kolejnym pojedynku John znokautował Jerry’ego Ballarda i dorzucił regionalny pas NABA. Walka z Tuą zmieniła na pewno jedno. Wtedy Ruiz do mistrzostwa opanował swój styl walki, polegający na zadaniu kilku ciosów i klinczowaniu, który uniemożliwiał jego rywalowi oddanie. Ruiz w ten sposób nie zyskiwał popularności, jednak nie można mu odmówić jednego – skuteczności. Po zdobyciu pasa NABA Ruiz zanotował jeszcze trzy wygrane przed czasem, dzięki czemu stanął na pozycji obowiązkowego pretendenta do pasa WBA.

Wówczas posiadaczem pasa był Lennox Lewis, który w glorii chwały zunifikował pasy trzech federacji. I dlatego mógł liczyć na wiele ciekawych ofert zamiast walki z mało popularnym Ruizem. Kiedy federacja postawiła Anglikowi ultimatum i nakazała mu obowiązkową walkę z „Milczkiem”, ten bez mrugnięcia okiem oddał pas i wybrał znacznie ciekawsze dla widzów zestawienie z Michaelem Grantem. W ten sposób Ruiz, jako główny pretendent do pasa miał stanąć o wakujące trofeum. Jako rywala wyznaczono mu byłego mistrza i legendę boksu – Evandera Holyfielda.

Ich pojedynek odbył się  sierpniu 2000 roku w Las Vegas. Sam przebieg walki był dość zaskakujący. Ruiz punktował faworyzowanego Holyfielda ciosami prostymi. Były mistrz był w tej walce bardzo pasywny i poza jedną sytuacją, ani razu nie zagroził Ruizowi. Tym większe było zaskoczenie Portorykańczyka i jego ekipy, kiedy po 12 rundach sędziowie ogłosili jednogłośną wygraną Holyfielda (114-113, 114-113, 116-112) , który w ten sposób został czterokrotnym mistrzem wagi ciężkiej.

Niesmak po pojedynku był tak duży, że błyskawicznie ogłoszono termin rewanżu. Obaj pięściarze mieli się spotkać ze sobą w marcu 2001 ponownie w Las Vegas.

W rewanżu już nie było kontrowersji. Ruiz lepiej czuł walkę, częściej trafiał, uderzał kombinacjami. Znany z wielkiego serca Holyfield ponownie zaprezentował się znacznie poniżej oczekiwań. W 11 rundzie dawny mistrz znalazł się nawet na deskach. Ostatecznie po 12 rundach sędziowie jednogłośnie wskazali na wygrana Johna Ruiza, który w ten sposób stał się pierwszym latynoskim mistrzem wagi ciężkiej. Jako ciekawostkę warto dodać, że Ruiz za ten pojedynek otrzymał 1,5 miliona dolarów, podczas gdy pokonany zgarnął aż 5 milionów.

Pod koniec 2001 roku doszło jeszcze do trzeciej walki tych zawodników. Tym razem Holy zaprezentował się znacznie lepiej. W końcu był aktywny, wyprzedzał ataki rywala. Już w pierwszej rundzie Ruiz doznał złamania nosa. Ostatecznie po kolejnych pełnych 12 rundach sędziowie orzekli remis. Pojawiły się głosy o tym, żeby zorganizować czwarte starcie między tymi zawodnikami, jednak pomysł ostatecznie upadł.

Zamiast tego Ruiz w kolejnej obronie stanął do walki z Kanadyjczykiem Kirkiem Johnsonem – jedynym zawodnikiem z ówczesnej czołówki, który pozostawał niepokonany (32-0-1, 23 KO). Pojedynek miał ciekawy, choć nieuczciwy przebieg. Głównie za sprawa Kanadyjczyka.  Według Compu Box, Ruiz wyprowadził niemal o połowę mniej trafień od rywala, ale pod względem trafień byli równo. Johnson od początku walczył agresywnie i nieco zapalczywie, w efekcie szybko pojawiły się faule w postaci ciosów poniżej pasa. Ostatecznie to właśnie takie uderzenia doprowadziły do końca tej potyczki i dyskwalifikacji Johnsona w 10 rundzie. Walka nie odbiła się nadmiernie szerokim echem, jednak przyszłość malowała przed Ruizem pojedynek, w którym mógł zobaczyć go cały świat.

Do wagi ciężkiej nadciągał bowiem Roy Jones jr – najlepszy zawodnik p4p tamtego okresu, a przez wielu uznawany na najlepszego zawodnika wszech czasów. Roy w tamtym okresie miał za sobą mistrzostwa w kategorii średniej, super średniej oraz był absolutnym mistrzem wagi półciężkiej. Już podczas wcześniejszych walk, kiedy nokautował Glena Kelly’ego oraz Clintona Woodsa, mówił że chce podbić wagę ciężką, ale wskazywał konkretnie na Ruiza. Ich pojedynek odbył się w styczniu 2003 roku oczywiście w Las Vegas. Gorąco było już na ceremonii ważenia, podczas której trenerzy obu zawodników rzucili się na siebie z pięściami. Prowodyrem zajścia był trener Ruiza Norman Stonę, który słynął ze słabych nerwów i bojowego usposobienia. Sam Jones do wagi przystąpił ważąc zaledwie 87 kg. Ruiz zanotował wynik o 15 kg większy. Podczas ważenia kontrolnego w dniu walki różnica między zawodnikami spadła co prawda do 10 kg, ale nadal było widać ogromną różnicę fizyczną między pretendentem a mistrzem.

Sama walka miała jednostronny przebieg. Styl Ruiza i jego nieco człapiąca praca na nogach w żaden sposób nie mogły zagrozić Royowi, który wówczas był jeszcze u szczytu formy. Jones jr uderzał jak chciał i kiedy chciał. W 4 starciu wydawało się nawet, że Ruiz wyląduje lada moment na deskach. Ostatecznie po pełnych 12 rundach sędziowie nie mieli wątpliwości. 118-110, 117-111, 116-112 dla nowego mistrza wagi ciężkiej. Pojedynek na żywo obejrzało wówczas ponad 15 tysięcy widzów. Sprzedano również ponad pół miliona pakietów PPV.

Roy nie zamierzał na długo zostawać w najcięższej kategorii. Przez chwile mówiło się o jego starciu z Mikiem Tysonem. Z drugiej strony federacja jago pretendenta wyznaczyła mu Vitalija Kliczkę. Roy mimo swojego geniuszu nie zamierzał pchać się na dużo większego i silniejszego Ukraińca i ostatecznie wrócił do niższej wagi wakując pas. Sam Kliczko też poszedł w stronę pasa WBC. Ostatecznie do walki o wakujący pas (wtedy jeszcze w wersji Interim) wyznaczono ponownie Johna Ruiza oraz Hassima Rahmana, który próbował wrócić na właściwe tory po przegranej z Lennoxem Lewisem. Sam przebieg walki możemy sobie odpuścić. Starcie było nudne, ale Ruiz zasłużenie zwyciężył i po raz drugi mógł cieszyć się z pasa.

W swojej kolejne obronie John stanał do walki z Fresem Oquendo. Ten pojedynek również nie przyniósł nadmiernych emocji. Oquendo jak mógł starał się utrzymywać Ruiza ciosami prostymi, jednak mistrz okazał się zawodnikiem silniejszym i lepiej przygotowanym kondycyjnie. Dodatkowo wieszający styl Ruiza pozbawił Oquendo sił, który po dobrym starcie zaczął oddawać kolejne rundy. Ostatecznie w 11 rundzie mistrz zakończył walkę serią ciosów sierpowych.

Jako kolejny rywal na horyzoncie pojawił się Andrzej Gołota. Walka odbyła się 13 listopada 2004 roku. I miała dla Ruiza wyjątkowo dramatyczny przebieg. Gołota wtedy ponownie był na fali wznoszącej po remisie w starciu o pas IBF. W drugim starciu Gołota przepuścił atak Ruiza i skontrował pojedynczym prawym, po którym mistrz dość niespodziewanie znalazł się na deskach. Szybko wrócił do walki, ale w chwilę później kolejne ciosy Polaka znów sprowadziły go do parteru. W czwartej rundzie Ruiz utracił punkt za faule. W chwilę później został pozbawiony w narożniku trenera, który za agresywne zachowanie został odesłany do szatni. Pozostawiony sam sobie Ruiz robił co mógł, aby opanować sytuację i z kolejnymi rundami, kiedy Gołota opadł nieco z sił, nawet mu się to udawało. Jednak nie na tyle, aby mógł być pewien wygranej. Kiedy sędziowie po 12 rundach ogłosili jego wygraną, chyba nawet sam Ruiz nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Werdykt do dziś jest uznawany za bardzo kontrowersyjny, a większość obserwatorów i komentatorów uważa, że Ruiz tamtego wieczoru nie powinien wygrać.

Ruiz tą walką z pewnością nie poprawił swoich notowań i popularności wśród kibiców. W kolejnej walce jego rywalem został były mistrz trzech kategorii wagowych James Toney. Niewysoki i jakby nie patrzeć spasiony Toney dysponował w swoim arsenale takimi technicznymi sztuczkami, na które Portorykańczyk nie mógł znaleźć sposobu. Szczególnie upokarzające był bezpośrednie prawe proste, które Toney raz za razem słał w głowę rywala. Na początku 7 starcia po kombinacji uderzeń Ruiz znalazł się nawet na deskach. Ostatecznie po 12 rundach sędziowie nie byli już przychylni mistrzowi i wszyscy zdecydowanie wypunktowali na zawodnika z USA.  John ponownie stracił pas. I ponownie uśmiechnęło się do niego szczęście. Z początku Ruiz ogłosił po tej walce sportową emeryturę, ale w kilka dni po pojedynku okazało się, że Toney nie przeszedł testów antydopingowych. Ostatecznie nieco ponad 2 tygodnie po walce werdykt został zmieniony na NC a pas wrócił w posiadanie Johna. Jednak nie na długo.

Kolejnym obowiązkowym pretendentem został wyznaczony Nikolay Valuev. Rosjanin imponował w ringu przede wszystkim warunkami fizycznymi (213 cm wzrostu i waga z reguły powyżej 140 kg). Słynął również żelaznej szczęki i kondycji. Dodatkowo walka odbywała się na terenie Niemiec, czyli na podwórku Vuleva, który był związany z Sauerland Event. Rosjanin przed tą walką miał rekord 42-0, 31 KO.]\

Sama walka nie miała porywającego przebiegu, co było raczej regułą u jednego i drugiego. Ruiz przed walką zapowiadał, że nie będzie miał problemów z uderzaniem w tak dużą głowę jak u Valueva. Nie przewidział jednak, że nie łatwo będzie walczyć w klinczu z takim olbrzymem. Po względnie wyrównanej walce Ruiz musiał uznać wyższość pretendenta. Jednak, mimo wyrównanego przebiegu, nie można mówić o tym, żeby werdykt wzbudził duże kontrowersje.

Mimo przegranej Portorykańczyk nadal zachował wysoką pozycję w rankingu i stanął do walki eliminacyjnej do pasa WBA. Pojedynek ponownie odbył się na terenie Niemiec, a jego rywalem został niepokonany Rusłan Chagaev. Walka również miała bardzo wyrównany przebieg, jednak u Ruiza zaczęło być widać pierwsze objawy wieku i stoczonych walk. Walka z Chagaevem była 50 pojedynkiem w karierze liczącego wówczas 34 lata Ruiza. Ostatecznie po 12 rundach sędziowie wypunktowali na 6 lat młodszego Chagaeva. I również tutaj nie można się czepiać słuszności werdyktu.

Mimo tego były mistrz się nie poddawał. Wrócił na ring szybką wygrana nad Otisem Tisdale oraz wypunktowaniem po 12 rundach Jameela McCline’a.

Te dwie wygrane dały mu kolejną szansę na odzyskanie pasa. Ruiz został wyznaczony jako pretendent do wakującego. Jego rywalem ponownie został Nikolay Valuev, który próbował odzyskać tytuł po przegranej z …Chagaevem. Pojedynek odbył się w listopadzie 2009 roku na terenie Niemiec. Walka znów miała nieprzyjemny dla oka przebieg i zakończyła się ponowna porażka Ruiza. Tym razem jednogłośną.

Po tym pojedynku „Milczek” zawalczył jeszcze dwa razy. Najpierw nokautując Adnana Serina na kolejnej gali Sauerlanda, następnie po raz kolejny stanął do walki o pas WBA. Tym razem w Manchesterze stary mistrz miał się zmierzyć z 9 lat młodszym Davidem Haye. Anglik wtedy miał na koncie 23 wygrane w tym aż 21 przed czasem. W dorobku miał już całkowite wyczyszczenie wagi junior ciężkiej, ale zaledwie 3 walki w kategorii ciężkiej – z Tomaszem Boninem, Monte Barretem oraz Nikolayem Valuevem. Przebieg walki ostatecznie określił jakie możliwości miał wtedy Ruiz. Anglik już w pierwszym starciu szybkimi ciosami dwa razy posłał go na deski. Kolejne liczenia przyszły w rundach 5 i 6. Ruiz nie widział szybkich ciosów, jakimi częstował go Haye. Nie był również w stanie wciągnąć go w swój brudny boks. Ostatecznie w 9 starciu, po kolejnych przyjętych uderzeniach, sędzia oszczędził Ruizowi dalszego ubytku na zdrowiu.

Po tej walce dwukrotny mistrz świata postanowił zakończyć karierę. Miała wówczas bilans 44-9-1, 30 KO i jedna walka NC. Na emeryturze Ruiz postanowił poświęcić się innym młodym sportowcom. W 2011 roku otworzył Quietman Sport Gym. Zajmuje się tam młodymi zawodnikami. Co ciekawe Ruiz nie skupia się teraz jedynie na boksie. W ofercie jego szkoły treningowej znajdują się również zajęcia z Ju – Jitsu i Kikcboxingu. Utworzył nawet grupę dla dzieciaków w wieku od 6 lat. Stworzył również fundacje „Ruiz Foundation”. Jej głównym celem jest pozyskiwanie środkowe na obozy sportowe dla młodych zawodników oraz pomaganie im w treningach. Fundacja wspiera również szkoły wyposażeniu w sprzęt sportowy. W 2014 roku w Chelsea niedaleko Bostonu otworzono Park dedykowany dwukrotnemu mistrzowi. Na jego terenie dorośli i dzieci mogą spędzić wspólnie czas podczas zabaw, aktywności fizycznej lub po prostu zarzywając świeżego powietrza. Prywatnie Ruiz jest przykładnym mężem i ojcem trójki dzieci.

Kariera Ruiza miała wiele zakrętów i można ja porównać do amplitudy. Dziś wydaje się nieco zapomnianym mistrzem, jednak patrząc przez przekrój jego kariery, nie można mu odmówić jednego. Była bogata i ciekawa. Nawet pomimo że same pojedynki milczącego mistrza potrafiły uśpić nawet najbardziej zatwardziałych fanów.

Dodaj komentarz