„Let’s…Quit Champ!” – stary mistrz prześladuje młode wilczki

Podczas gdy uwaga fanów i ekspertów bokserskich na świecie jest skupiona na magicznym trójkącie Wilder-Fury-Joshua, swoją wolę stoczenia z którymkolwiek z nich własnego pojedynku wyraził nieco zapomniany już, ocierający się o definitywną emeryturę Shannon Briggs – były, dwukrotny mistrz świata.

Młodsi fani boksu kojarzą  Briggsa  jako kogoś, kto wyskoczył niczym przysłowiowy Filip z konopi i w barwny sposób „molestował” i prześladował żywą legendę, w postaci Władimira Kliczki. Starsi na pewno doskonale pamiętają jego duże ringowe boje, jak choćby ostatni taki jego pojedynek, w którym dotkliwie został skarcony ciężkim laniem od starszego z braci Kliczko, Witalija.

Obecnie żywa skamielina bokserska, jaką niewątpliwie jest Briggs, (ma 47 lat) próbuje nieudolnie sprowokować do pojedynku jednego ze wspomnianych bokserów, zwłaszcza Tysona Fury’ego . „The Cannon” nie omieszkał swego czasu zaczepić i Deontaya Wildera. Miało to miejsce przy okazji ważenia przed walką Kliczki z Bryantem Jenningsem, a oprócz licznych kibiców świadkiem zdarzenia był Lennox Lewis. The Lion z uśmiechem na ustach nagrywał całą kłótnię, w której Wilder wyśmiał fakt, iż Briggs był kiedyś mistrzem linearnym i mistrzem federacji WBO.

W zasadzie póki co, to agresją Briggs nie pała tylko do Anthony’ego Joshuy, za to wiele razy „The Cannon” dokuczał jego rodakowi, emerytowanemu już Davidowi Haye. Co do ujadania na Tysona Fury’ego  – Briggs nawet dostał od niego wstępną obietnicę walki, która rzekomo miała odbyć się jesienią tego roku. Pogromca Władimira Kliczki złożył takie przyrzeczenie, gdy rozmawiał z Briggsem poprzez media społecznościowe.

No właśnie, miała się odbyć, jesieni jeszcze bądź co bądź nie ma, a tej walki nie będzie raczej na 100%. Dlaczego? Powód jest jeden i może to być zarazem uniwersalne tłumaczenie dla czołowych pięściarzy, z którymi chciałby zmierzyć się zardzewiały Briggs – zwycięstwo z The Cannonem nikomu z nich (Fury-Wilder-Joshua + kilku innych z czołówki) nic nie da. Przy okazji pojawia się pytanie, dlaczego Briggs miałby dostać taki pojedynek – miał swoje czasy chwały, a w zeszłym roku został zawieszony przez federację WBA i utracił 3 miejsce w jej rankingu wagi ciężkiej – powodem było przyłapanie Briggsa na „drastycznie podwyższonym poziomie testosteronu – ponad osmiokrotnie wyższym, niż dla zdrowego mężczyzny jego wagi i w jego wieku.
Jest jeszcze inny, mniej chwalebny powód do odmawiania walki z „Let’s Go Champem!” – siła jego uderzenia.

Zgadza się, Briggs jest dinozaurem, rusza się wolno, nie ma tych samych nóg co kiedyś (w zasadzie Briggs nigdy nie bazował na pracy nóg), ale czy tym samym nie charakteryzował się swego czasu wiekowy George Foreman, kiedy zdobywał tytuł mistrza na Michaelu Moorerze? Ponadto, mało kto wie, że Shannon Briggs nosi dumnie pseudonim „The Cannon” nie bez powodu – facet ma większy procent nokautów w 1 rundzie, niż sam Mike Tyson! (Shannon Briggs na 60 wygranych walk aż 53 zakończył nokautami na przeciwnikach). Jakkolwiek wizja pojedynku Briggsa z np. Wilderem zakrawa na kpinę, to jednocześnie każdy, kto ma pojęcie o boksie musi zdawać sobie sprawę, że teoretycznie możliwe jest, że wiekowy, styrany ringowymi wojnami The Cannon mógłby znokautować Bronze Bombera. Ponadto, pomimo tego, iż został w zasadzie upokorzony przez Kliczkę (Briggs po walce został przeszło tydzień na obserwacji w szpitalu, doznał m.in. wstrząsu mózgu), to pokazał w tej walce, że jest w stanie w ringu przyjąć potężne bomby i nadal stać na nogach.

Jakkolwiek walki Briggsa z jednym z wspomnianych panów nie należy się spodziewać, m.in. z powodu wymienionych wyżej argumentów, to osobiście chętnie zobaczyłbym go w walce z drugim garniturem czołówki wagi ciężkiej (mam na myśli np. Whyte’a, Chisorę, Parkera) i wcale nie stałby w takich potyczkach na z góry straconej pozycji. Dla tych, którzy uważają moją opinię za żart podam jeden fakt – Foreman też wyglądał pokracznie w walce z Moorerem, a zdołał go znokautować jednym celnym ciosem na brodę.

Kiedyś zapytałem Izu Ugonoha, jak zapatrywałby się na walkę z „Let’s Go Champem” – przytomny i rozsądny Izu odpowiedział: „A co ona by mi dała?. No cóż, ciężko odmówić mu racji.

Sam Briggs to bardzo skomplikowana postać, w skrócie można powiedzieć, że na co dzień nie jest to facet, który zasłynął napinaniem masywnej klaty przed Kliczką i ganianiem go motorówką po jeziorze. De facto to bardzo skromny człowiek, a Briggs jakiego znają fani to tylko maska, która ma pomóc w utrzymaniu siły nośnej jego nazwiska. Podziw musi siłą rzeczy budzić jego wola walki, zwłaszcza poza ringiem. Gdy Briggs był nastolatkiem lekarze stwierdzili u niego astmę i poradzili, aby dał sobie spokój ze sportem – jak widać po jego późniejszej karierze, potrafił wygrać walkę z chorobą, a jego rozwoju nie ułatwiał fakt, iż pochodził z tej samej dzielnicy co jego przyjaciel, którego darzy po dziś dzień wielkim szacunkiem, Mike Tyson.

Dla mnie osobiście potencjalne starcie Briggsa z kimś z szerokiej czołówki wagi ciężkiej jawiłoby się jako starcie starej szkoły z nową – uważam, że obecna generacja bokserów nie dorasta swoim poprzednikom (np. Lewis, Holyfield, Tyson itd.) do pięt, a różnica w wytrzymałości zawodników i ich wyszkoleniu technicznym jest tak duża, że nokaut Briggsa np. na Parkerze nie byłby dla mnie czymś zaskakującym, nawet biorąc pod uwagę zaawansowany wiek Amerykanina.

Świat boksu to jednak rankingi i pieniądze, a co za tym idzie – biznes. Z racji zaawansowanego wieku i nieciekawych miejsc w rankingach nikt The Cannonowi walki nie da i chyba pozostaje mu już tylko rozwijanie pozaringowych pomysów na własną osobę. Gdyby sam Shannon bił lżej, mógłby nawet stanąć w roli bokserskiej „starej piczy, na której młody ch*j się ćwiczy”, ale wydaje się, że nikt niedoświadczony, ani żaden z młodych wilczków nie porwie się na ten 47-letni młot, który swego czasu seryjnie wbijał rywali w ring. Za duże ryzyko kompromitacji.

Summa summarum biorąc pod uwagę osiądnięcia tej pięściarskiej żywej skamieliny, osobiście doradzałbym mu definitywne odwieszenie rękawic – z Briggsem nikt nie chce walczyć, ci, którzy są nadal w grze o najwyższe laury nie chcą zapewne ryzykować kompromitacji z starciu z potężnie bijącym astmatykiem (?!), a wygląda na to, iż nie jest on także łakomym kąskiem dla żądnych sławy, wybijających się prospektów – co dobrze uargumentował Izu Ugonoh.
Wydaje się także, że sam Briggs zdaje sobie z tego doskonale sprawę, tyle, że jest pewien problem – on nadal chce, nadal ma coś do udowodnienia, tak jakby czuł, że jest w stanie realnie uszkodzić obecnych topowych bokserów.
„The Cannon” musi sobie odpowiedzieć na jedno pytanie – czy siedząc w kapciach przed kominkiem za 20 lat chce o sobie czytać w encyklopedii, że „były mistrz świata stopniowo rozmieniał karierę i odszedł jako pocieszny dinozaur”, czy raczej, że „były mistrz świata rzucił wyzwanie nowej generacji, ale ta nie podjęła rękawicy, więc siejący postrach „The Cannon” zakończył karierę”.
Tak więc doradzamy panie Briggs: „Let’s Quit Champ!”, póki większość z nas pamięta ciebie jako jednego z najlepszych pięściarzy poprzedniej, jakże mocnej generacji.

Dodaj komentarz