Wał czy Wałcz?

O nazwisku Andrzeja Wasilewskiego słyszał każdy fan bosku w Polsce. Elokwencji i erudycji nie sposób mu odmówić, kompetencji także. Prawnicze wykształcenie z pewnością daje niemałą przewagę i pozwala jeszcze płynniej poruszać się po świecie boksu. Grupa Knockout Promotions pod jego batutą uraczyła nas kolejną galą – tym razem w Wałczu, miejscu które stanowi pewien ukłon w stronę głównego bohatera całego przedstawienia. Przy czym nie użyto tu słowa „przedstawienie” przypadkowo, ale o tym później.

Jako fan, któremu na sercu leży dobro polskiego boksu, martwi mnie fakt ciągania zawodników aspirujących do miana najlepszych w swoich kategoriach po coraz to mniejszych miejscowościach.  Z pewnością organizowanie gal w takich miejscach jak Nysa czy Wałcz (niczego tym miastom oczywiście nie ujmując) nie przynosi chluby samej dyscyplinie w naszym kraju. Oczywiście intencje grupy Knockout Promotions są jak najbardziej zrozumiałe i logiczne. Łatwiej wypełnić po brzegi halę w Wałczu (chociaż miejsc do dyspozycji jest znacznie mniej), niż np w Warszawie. Podejrzewam, że w Wałczu tego dnia nie było sporo wydarzeń, które swoją atrakcyjnością mogłyby przebić bokserskie święto. Na dłuższą jednak metę nie sądzę, żeby takie podejście mogło przyczynić się do popularyzacji pięściarstwa i zaszczepieniu przysłowiowego „bakcyla” w sercach ludzi, którzy swoją bokserską wędrówkę dopiero zaczynają. Na uwagę zasługuje fakt, że wszystkie zestawienia zakończyły się łatwym do przewidzenia rezultatem.

Paweł Stępień, Przemysław Runowski, Marek Matyja to zawodnicy, którzy mają na swoim koncie swoje sukcesy. Wszyscy swoje zadania w Wałczu wykonali i ciężko nie zauważyć, że już pora na zawieszenie poprzeczki dużo wyżej niż ta postawiona przed nimi 12 maja. Na rekordy takich zawodników jak oni nie powinno się chuchać i dmuchać. Reprezentują sobą jakąś wartość, którą da się sprawdzić tylko poprzez krzyżowanie rękawic z z najlepszymi, albo tymi którzy również do tego miana aspirują, ale są w podobnym miejscu w bokserskim świecie jak wyżej wymienieni Polscy, współcześni gladiatorzy. Dopisywanie kolejnych stosunkowo prostych zwycięstw do niczego nie prowadzi zostawiając jeszcze więcej znaków zapytania niż przed tymi pojedynkami. Oddzielenie ziaren od plew pozwoli wszystkim, a zwłaszcza promotorom zorientować się, jak silne karty w tej chwili posiadamy. Bardziej niż o „0” w rekordzie należy troszczyć się o widowisko i sport sam w sobie. Jeśli już tak się  zacznie dziać, zainteresowanie ze strony wielu ludzi przyjdzie samo co jest rzeczą naturalną. Czy Maciej Sulęcki stracił coś na popsuciu sobie rekordu? Oczywiście, że nie. Przeciwnie – Odmawiając walki z łatwiejszym na papierze Martirosyanem i wzięciem największego możliwego wyzwania jakim był Jacobs sporo wygrał. I to już wtedy! Ponadto w ringu udowodnił, że jest w stanie stawić czoła pięściarzowi z absolutnego topu na pełnym dystansie. Dla mnie znaczy to dużo więcej niż nieskazitelna historia walk i dużo wyżej cenię takich zawodników niż kreowane „talenty”, które ciężko ubiły kilkunastu prospektów z sąsiedniej wioski. Nie jest to problem tylko polskiego boksu, bo często z takim sposobem prowadzenia kariery zawodników mamy do czynienia na całym świecie. Nie znaczy to jednak, że musimy w tym stereotypie tkwić póki inni nie zmądrzeją 😉

Jednym z jaśniejszych punktów ostatniej gali był imiennik trenera Łapina, a zarazem jego najnowsze odkrycie – Fiodor Czerkaszyn. Polsko-Ukraiński talent błyskawicznie znokautował ciosem na wątrobę Daniela Urbańskiego. Ten zawodnikiem imponującym nie jest, niemniej jednak stoczył 48 zawodowych pojedynków. Czerkaszyn na treningach imponuje szybkością, celnością i siłą ciosu, co zresztą udało mu się zaprezentować w ringu. W ostatnim czasie Fiodor postawił wszystko na jedną kartę i oddał się w całości do dyspozycji Fiodora Łapina czego efekty właśnie mogliśmy oglądać. Oczywiście  jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale polecam wszystkim baczną obserwację kariery tego młodego człowieka. Jeśli nie straci swojego zapału i determinacji, może przynieść nam wiele radości.

Jeśli zaś mówimy o walce wieczoru nie mogę ukryć ogromnego rozczarowania tym wydarzeniem. Mimo, iż portale w całym kraju rozpisują się o wielkiej wygranej Krzysztofa Głowackiego poprzez atomowy nokaut, odnoszę wrażenie, że oglądali inną walkę. Całość potrwała niecałą jedną rundę. Santander Silgado jako swój największy bokserski sukces może zapisać sobie bycie workiem treningowym podczas walk z Lebiediewem i Kudriaszowem. Polityka prowadzenia polskiego byłego mistrza coraz bardziej przypomina absurd. Rozumiem walkę na tzw. „przetarcie” po porażce z Usykiem i utracie pasa. Jeśli jednak tak dalej pójdzie to na to „docieranie” może braknąć „Główce” kariery. I naprawdę daleki jestem od jakichkolwiek oskarżeń, ale sam upadek wyglądał niesamowicie teatralnie. Może to był cios nieefektowny, ale efektywny. Niemniej z perspektywy wielu kibiców wyglądało to jak ciężki aktorski upadek po muśnięciu w skroń. Jeśli nasz czempion nie wskoczy jak najszybciej na dużo głębsze wody, po których już kiedyś pływał – to niestety utonie jak kamień rzucony do wody. Talent Główka ma i za to co osiągnął, a w szczególności za Marko Huck’a należy mu się ogromny szacunek. Ale wszyscy, a zwłaszcza sam Krzysztof powinniśmy zobaczyć czym tak naprawdę dysponuje i co w tej chwili jest wart jeden z najbardziej utytułowanych polskich bokserów.

Autor: Konrad Zieliński/wringu.net

Dodaj komentarz