Wilder-Stiverne, czyli po co to było?

 

Pisałem już tekst, gdzie z oburzeniem odnosiłem się do tej walki. Ten, kto wyznaczył Bermane Stiverna jako oficjalnego pretendenta do mistrzostwa świata, może śmiało nazywać się wirusem który zaatakował boks i przez który ta dyscyplina straciła na swoim budowanym przez wiele dekad prestiżu. Nie zwykłem nigdy życzyć komuś bycia znokautowanym, ale tu musiało być inaczej. Siedziała we mnie ta złość na Stiverna, który absolutnie w żaden sposób nie zasłużył na walkę o mistrzowski tytuł, a był pierwszy, że użyję politycznego sloganu, by dostać się do koryta. Szczęście, że szybko i brutalnie został z niego wyrzucony przez wystąpującego tu w roli gospodarza Deontaya Wildera. Nie stał za nim sport, a legendarny promotor, który mimo, że już mało aktywny, to jednak nadal sporo mogący załatwić wśród swoich meksykańskich znajomych rządzących federacją WBC.

Tak, cieszyłem się z nokautu. Chciałem go. Chciałem, żeby karę za to zniesławienie boksu poniósł Stiverne. Dobrze też dla niego, że nie przyjmował, jakby nie było, bardzo mocnych ciosów Wildera przez kolejne rundy – oszczędził zdrowia. Apropo oszczędzania, to dzięki tej walce o czymś takim Haitańczyk będzie mógł przynajmniej na jakiś czas zapomnieć. Co więcej, kiedy początkowo ustąpił miejsca Ortizowi, też wziął za to niemałą sumę pieniędzy. Mam nadzieję więc, że tym nokautem Wilder zamknął temat podopiecznego Dona Kinga raz na zawsze. Przynajmniej w kontekście jego walk mistrzowskich.

Wilder zmarnował tylko czas wychodząc w miniony weekend do ringu, pomijając oczywiście kwestie finansowe. Chociaż te byłby by zdecydowanie większe gdyby rywalem był chociażby Luis Ortiz. To była szósta obrona tytułu, a wśród pretendentów próżno szukać wielkich nazwisk. Co więcej, jestem niemal przekoanany, że w kolejnej walce ta wyczekiwana weryfikacja jeszcze nie nadejdzie. Gdybym miał obstawiać dziś, kto będzie kolejnym rywalem Deontaya Wildera, postawiłbym na Dominica Breazeale’a. I znowu jest to nazwisko, które nie może spełnić naszych oczekiwań wobec rywala dla mistrza świata federacji WBC. Ale znów jeśli chodzi o dłuższy wymiar czasu, to uważam, że jego kwestią jest walka z Anthonym Joshuą, czy Joshepem Parkerem, czyli oczekiwana przez fanów unifikacja w wadze ciężkiej – a to już pięknie brzmi!

Dodaj komentarz