Z Aleksem Arizą: o Adamku, Mayweatherze i kulisach wielkiego boksu

Z Aleksem Arizą: o Adamku, Mayweatherze i kulisach wielkiego boksu

alex-arizaAlex Ariza to jednocześnie jedna z najbardziej kontrowersyjnych i uznanych postaci w światowym boksie. Trener, które w swojej karierze zajmował się przygotowaniem wydolnościowym takich sław jak choćby Diego Corrales, Manny Pacquiao, Amir Khan, a obecnie pracuje z najwybitniejszym pięściarzem świata bez podziału na kategorie wagowe – Floydem Mayweatherem Juniorem – napisał Przemek Garczarczyk dla Polsatu Sport.

Ariza tak opowiada o planach swoich współpracy z Tomkiem Adamkiem: „Adamek to dumny facet, który nie myśli o końcu kariery, bo w ostatnich latach zbierał nokaut za nokautem, tylko nie ma motywacji. Nie ma głodu.  Tak mi się przynajmniej wydaje. Moim zadaniem byłoby ten głód, sens ciężkiej pracy, przywrócić” – mówi Ariza, zaglądając z nami za kulisy pracy z największymi gwiazdami światowych ringów.

Przemek Garczarczyk: Temat  współpracy z Tomkiem Adamkiem to temat otwarty od przynajmniej ubiegłego roku. Na serio było już przed  walką Artura Szpilki w Madison Square Garden w styczniu 2014 roku, kiedy wymienialiście telefony z

Mateuszem Borkiem. Później, jako kontynuacja tamtych rozmów, było nasze ostatnie, kwietniowe spotkanie w Los Angeles. Było naprawdę bardzo blisko.

Alex Ariza: Już nawet przeglądałem mapę Polski, szukałem gdzie jest Karpacz. Pozostały tylko detale. Ale z decyzją trzeba było czekać na  termin następnej walki mojego klienta numer 1 czyli Floyda Mayweathera Juniora. Spekulacje mediów, że Floyd zawalczy tego czy tamtego dnia, to jedna sprawa. To on podejmuje decyzje, a była też realna opcja, że w tym roku nie wyjdzie na ring. Zastanawialiśmy się też nad ewentualnością, żebym przyleciał na pierwsze dwa tygodnie obozu Tomka, ale to chyba nie miałoby sensu. Zanim jego organizm przestawiłby się na polską strefę czasową, kiedy moglibyśmy  zacząć na serio, minęłoby 3-4 dni. Czyli do mojego powrotu do Las Vegas, na obóz Floyda, byłby maksymalnie tydzień.  A co później? To nie byłoby dobre wyjście ani dla Adamka, ani dla mnie. Co się odwlecze…

Co można, przygotowaniem fizycznym, odżywkami, fizjologią żywienia wykrzesać z 39-letniego pięściarza?

Dodatkowe 10, nawet 20 procent? To nie jest kwestia mojej opinii, to są fakty, które może zobaczyć każdy, kto ma nagrane walki moich pięściarzy. Kiedy walczyli ze mną, a później czy wcześniej radzili sobie sami. Przez sześć lat pracowałem z Manny Pacquiao – jak wtedy walczył, jaką miał liczbę zadawanych ciosów w rundzie, jak przyspieszał, kiedy inni słabli? Później Freddie Roach doszedł do wniosku, że on wszystko potrafi, że Pacman nie  potrzebuje niczyjej pomocy. Że inni tylko przeszkadzają. Czym to się skończyło – widzi każdy kibic. Usłyszałem, że już nikt nie będzie ze mną pracował, bo to Pacquaio zrobił mnie sławnym. Ja mógłbym powiedzieć coś odwrotnego. Czasy, kiedy wystarczał jeden trener, który wchodził na salę i wiedział wszystko, minęły już 20 lat temu. Wszędzie jest i musi być specjalizacja. Inaczej nie mówimy o wielkim sporcie, wspaniałych atletach, tylko  o zabawie rekreacyjnej. Dotyczy to przecież każdego z nas – nie mamy jednego lekarza od składania kolana i wyrywania zębów.

Miałeś specjalną motywację przygotowując Marqueza do ostatniej walki z Pacmanem?

I tak, i nie. Przede wszystkim to zawód, gdzie co ja myślę, jakie mam emocje w stosunku do rywala, nie ma żadnego znaczenia. Liczy się tylko maksymalne wykorzystanie możliwości mojego pięściarza. Wiadomo, że walcząc z Pacquiao po raz czwarty, mając 38 lat na karku, Juan Manuel niczego specjalnego ani nie mógł zmienić, ani się czegoś nowego nauczyć. Ale tu jest moja rola – przygotować fizycznie pięściarza tak, żeby wszystko co już umie, robił te 2, 3 czy 5 procent lepiej. JMM zawsze walczył w ten sam sposób z Pacquiao, ale tym czwartym razem w Las Vegas miał w sobie te kilka procent ekstra energii, refleksu, żeby w fenomenalny sposób skończyć walkę nokautem. Taka jest różnicą między zwycięstwem i porażką.

Z tej walki jesteś najbardziej dumny?

Z każdej jestem bardzo dumny, bo wkładam w przygotowania każdą minutę mojego czasu. Wszystko jest podporządkowane pewnemu procesowi – nawet kiedy pięściarz korzysta z toalety. Poważnie. Przez ostatnie dziesięć lat, nauka, nasza znajomość wykorzystania do maksimum  ludzkiego organizmu, posunęła się o 200 procent. Więcej wcale nie znaczy lepiej. Najbardziej dumny? Chyba z przygotowania Marcosa Maidany na pierwszą walkę z Floydem. Pośrednio dzięki niej pracuję dziś z Mayweatherem…

To muszę usłyszeć…

Maidana był na progu zakończenia kariery, ale wygrał z Lopezem i poprosił mnie o pomoc w przygotowaniach na walkę z Adrienem Bronerem. Taka ostatnia próba, kiedy Broner był faworytem 5 do 1. Broner to utalentowany chłopak, szybki, myślący w ringu. Marcos nie jest i nigdy nie będzie takim technikiem, nie ma umiejętności Adriena, ale potrafi poświęcić się całkowicie treningowi – kiedy wierzy w końcowy rezultat. Po pokonaniu Bronera, zanim jeszcze pojawiła się szansa walki z Floydem, Marcos trochę odpuścił. Kiedy zadzwonił telefon z ekipy Floyda, że Maidana będzie rywalem, powiedziałem Marcosowi, żeby zapomniał o tym, jak ciężko pracował przed Bronerem, bo teraz będzie jeszcze trudniej. Znacznie trudniej. W MGM Grand Marcos zrobił wszystko, był najbliżej pokonania Mayweathera od dekady – wyprowadził ponad 900 ciosów, miał siłę przez każdą minutę każdej rundy. Przy drugiej walce z Floydem już razem nie pracowaliśmy, bo ekipa Marcosa doszła do przekonania, że już wszystko wiedzą. Okazało się, że niekoniecznie. Mogę im tylko podziękować, bo krótko po drugiej walce z Maidaną, zadzwonił do mnie Floyd. „Widziałem olbrzymią różnicę w Maidanie z pierwszej walki i z tej drugiej. Tą różnicą byłeś ty. Pracujmy razem”. Chyba już większej pochawały w boksie nie mogę dostać, bo nie ma w tym sporcie większego profesjonalisty. Zresztą życie zatoczyło piękne koło, bo z Floydem poznaliśmy się, kiedy kierowałem przygotowaniami Diego Corralesa, piętnaście lat temu. Przyjaciółmi wtedy raczej nie byliśmy…

Tomek Adamek jest pięściarzem chyba spełnionym – dwa tytuły mistrza świata, w półciężkiej i junior ciężkiej, walka o tytuł w królewskiej kategorii. Finansowo zabezpieczony do końca życia. Byłbyś w stanie go mentalnie przygotować do ciężkiej pracy?

Adamek to dumny facet, który nie myśli o końcu kariery, bo w ostatnich latach zbierał nokaut za nokautem, tylko nie ma motywacji. Nie ma głodu.  Tak mi się przynajmniej wydaje. Moim zadaniem byłoby ten głód, sens ciężkiej pracy, przywrócić. Wygrywał walki, mistrzostwa  świata wielkim wysiłkiem na treningach, więc wiadomo, że przygotowań z Arizą by się nie wystraszył. Oczywiście, że mówimy o ciężkiej pracy, bo inaczej to nie ma sensu. Jest technikiem w wadze ciężkiej, gdzie wygrywał wydolnością, szybkością, a nie jednym uderzeniem. To też dla mnie wyzwanie, bo choć pracowałem z zawodnikami wagi ciężkiej, to mówię o UFC, a nie boksie. Mam nadzieję, że spotkamy się już wkrótce – może zaraz po walce Floyda? Nie, nie mogę zdradzić, kto będzie jego rywalem… Pozdrawiam wszystkich kibiców w Polsce. Zawsze was słychać!

Źródło: Przemek Garczarczyk/Polsat Sport

Leave a Reply